czwartek, 8 grudnia 2016

Sesja 3 - Śmiertelne żądło

Śmiertelne żądło

Kiedy po podziemnych przygodach przyjaciele powrócili do karawany i zdawali relację ze swej przygody Igorowi od strony obozowiska usłyszeli krzyki wskazujące na niezwykłe podniecenie zazwyczaj spokojnych poganiaczy wielbłądów. Kiedy wszyscy pędem znaleźli się przy wielbłądach okazało się że bukłaki z wodą są puste … i poprzecinane jakimś ostrzem.

Karawana była kilka dni drogi od oazy i tyleż od granic pustyni, gdzie na sawannie można było znaleźć jakieś źródła wody. Tymczasem jednak tkwili w palącym słońcu na pustyni. Nie tracąc więc czasu na jałowe rozważania ruszyli w drogę – decydując się nie zawracać z drogi i ruszać w kierunku sawanny – choć pewności na znalezienie wody nie mieli ale nie chcieli również ryzykować zagłębiania się w pustynię bez żadnych zapasów wody.

Zbliżał się wieczór ale karawana nie zatrzymywała się – podróż nocą po pustyni była lżejsza, choć nie pozbawiona niebezpieczeństw. Jasno świecące gwiazdy wskazywały kierunek ale istniało niebezpieczeństwo wpakowania się w lotne piaski. Dlatego też przed karawaną wyruszył Karas który korzystając ze swych magicznych mocy odnajdywał niebezpieczeństwa. Tym razem jednak nie dość że jako przewodnik uniknął niebezpieczeństw, to jeszcze odnalazł opuszczoną studnię, w której co prawda wody nie było ale na jej dnie znajdował się wilgotny piasek wskazujący na możliwość dokopania się do życiodajnego płynu. Tak też się stało po kilku godzinach kopania na dnie pojawiła się mała kałuża i przy pewnej dozie cierpliwości udało się napełnić jeden z bukłaków wodą i napoić zwierzęta i siebie. Przy studni zapewniającej minimum egzystencji pozostali jeszcze do końca następnego dnia by znów ruszyć pod osłoną nocy.

Resztę dnia Karas spędził na studiowaniu jednej z krasnoludzkich ksiąg wyniesionych z podziemi – wyczytał w niej wielce interesujący opis krainy nie tylko żyznej i oferującej więcej niż godne warunki do osiedlenia, ale również pełnej naturalnych bogactw – szlachetnych kamieni i złota. Droga do krainy opisana była niezrozumiałym językiem – tak jakby ktoś chciał tę wiedzę przed czytającym zwykłym śmiertelnikiem ukryć, jednocześnie dając wskazówki dla wtajemniczonych. Jasne było tyko to że kraina ta znajduje się na zachód od brzegów Lieberpestii. W innym wypadku być może Karas potraktowałby ten opis jako kolejną legendę, jakich wiele w księgach, ale okoliczności zdobycia ksiąg dawały mu do myślenia … może to więcej niż legenda …

Dodatkowo w księdze Karas znalazł wzmiankę o magicznych właściwościach tajemniczych wymiarów żywiołów. Choć wiele stronic poświęconych żywiołowi ognia Karasowi udało się odczytać to jednak sygnał do wyruszeniu w dalszą drogę przerwał mu studiowanie księgi zanim zgłębił tętajemnicę.

W drodze przyjaciele wraz z Igorem odsunęli się nieco od reszty karawany i zaczęli rozważać zdarzenia ostatnich dni – w szczególności sabotaż zapasów wody. Bo że był to sabotaż nie ulegało wątpliwości. Uradzili że przy najbliższej okazji opuszczą karawanę by później spotkać się w umówionym miejscu a po drodze zaobserwować kto z poganiaczy i członków karawany podąży ich śladem.

Gdy więc dotarli do skraju pustyni i rozbili obóz przy pierwszym napotkanym wodopoju wieczorem obwieścili głośno, że następnego dnia drużyna opuszcza karawanę. Później jeszcze Karas znów zniknął z księgą i tylko z kierunku, w którym podążył co jakiś czas dochodziły dźwięki niczym wystrzały, a ciemność rozświetlały błyski – jak się potem okazało Karas w księdze wyczytał zaklęcie, które pozwalało mu z jego kostura wydobywać niewielkie acz bardzo niebezpieczne błyskawice.
Następnego dnia z rana drużyna zgodnie z zapowiedzią opuściła karawanę i ruszyła wprost na północ podczas gdy Igor ze swymi ludźmi kręcił na północny zachód w kierunku portu Loneestia.

Kolejny dzień podróży minął w komfortowych już teraz warunkach bowiem, żar pustyni ustąpił już normalnym temperaturom, a krajobraz z piaskowego przeplatanego piaskiem, zmienił się w jakże słodki widok traw a nawet czasem krzewów czy pojedynczych drzew. No relaksik po prostu ;-) Pod wieczór drużyna rozbiła obóz nad małym strumykiem w rzadkim zagajniku, zapewniającym drewno na opał do ogniska, i możliwość sklecenia wygodnego posłania z traw.

Gdy przyjaciele siedzieli przy ognisku Karas usłyszał podejrzany szelest z pobliskich krzaków. Nie dając po sobie poznać odszedł na stronę udając że udaje się na spoczynek by potem zniknąć w ciemnościach i po chwili wrócić do ogniska – tym razem na pół niosąc na poł pchając przed sobą wyciągniętego z krzaków małego człowieczka, w którym wkrótce rozpoznali jednego z członków karawany Igora.

Już po pobieżnym przeszukaniu nieznajomego drużyna pozbyła się wątpliwości – miał on bowiem przy sobie zakrwawiony nóż i sakwę ze złotem z inicjałami Igora. Po krótkim, acz bardzo intensywnym przesłuchaniu, poznali całą historię – Bronthorst, bo tak się zwał zbrodniarz przyznał się do zamordowania Igora. Przyznał, że jest agentem Darloga, i że karawanie spotkanej w oazie przekazał list do niego, opisujący ich ucieczkę. Drużyna bez skrupułów postanowiła odpłacić agentowi za śmierć Igora tym samym – jego śmierć była jednak lekka.

Bez wahania i skrupułów drużyna rozdzieliła zrabowane Igorowi złoto, który nie miał rodziny, a z pewnością wspomógłby ich wyprawę z wdzięczności za ich dotychczasową pomoc. O świcie zaś drużyna wyruszyła – po nocnej naradzie postanowili udać się na północ do Golden Forge.

Po kilku dniach podróży zaczęli wspinać się po zboczach skalistej góry. Gdy wędrowali wąską drogą wijącą się po stromym, skalnym zboczu co chwila mierzyli się z widokiem bezdennej przepaści … I w chwili gdy ścieżka była wyjątkowo wąska a urwisko wyjątkowo głębokie, z naprzeciwka wychynęła grupa zgraja obrośniętych, groźnie wyglądających ludzi.

Obie strony stanęły naprzeciw siebie i nikt nie chciał zgodzić się by mijać przybyszy od strony przepaści. Nie strach ale zwykła nieustępliwość były tego przyczyną i widać było że nikt nie odpuści … krok po kroku obie grupy zbliżyły się do siebie tak blisko że w końcu prowadzący drużynę Krazug zaczął przepychać się z jednym z oprychów. Ten mimo potężnej postury po prostu odbił się od twardego jak skała orka, a następny narwaniec nie dość że się odbił, to jeszcze padając nieszczęśliwie spowodował osuwisko w którym nagle znalazła się cała grupa …

Zginęliby niechybnie gdyby nie reakcja drużyny – szybka reakcja Krazuga i kolegów, podana lina i pomocna dłoń pozwoliły uratować niedawnych przeciwników od niechybnej śmierci … Okazało się, że przybysze nie mieli wrogich zamiarów a przepychanka tylko przez przypadek zakończyła się niemal tragicznie … Z wdzięczności zaś za uratowanie życie drużyna została zaproszona do pobliskiej jaskini, będącej tymczasową siedzibą nowopoznanej ekipy.

Po wieczerzy, którą podzielili się z drużyną nowopoznani znajomi, wszyscy udali się na spoczynek. Pomimo serdecznych całkiem relacji przy wieczerzy przed spaniem obie grupy dyskretnie wyznaczyły sobie warty, bo i na nadmiar zaufania do siebie jednak nie narzekali.

Gdy zapadła nocna cisza z głębi jaskini zaczęły dobiegać tajemnicze dźwięki – coś niby chrobot, niby stukanie … Zaciekawiona drużyna, poza Krazugiem, który akurat miał wartę, a jednocześnie najmniej chęci na nocne eskapady ruszyła w głąb jaskini … po przeciśnięciu się między kilkoma szczelinami nagle znaleźli się w ogromnej komorze jaskini …

Zanim zdołali się rozejrzeć z ciemności w ich stronę wysunęła się przerażająca postać olbrzymiego skorpiona (siła 3, zręczność 5, umysł 1, HP 12, kolec jadowy). Potwór wielkości dużego człowieka z dwumetrowym ogonem zakończonym ogromnym kolcem jadowym zbliżał się do przyjaciół błyskawicznie i bynajmniej nie wyglądał na chętnego do zaprzyjaźniania się … raczej sprawiał wrażenie morderczej maszyny niż domowego zwierzątka …

Karas próbując strzelić nowopoznanym zaklęciem w bestię w krytycznym momencie pomylił słowa zaklęcia i błyskawica trafiając skorpiona trafiła również rykoszetem pod nogi drakonida, który wijąc się w bólu leżał teraz ciężko ranny na posadzce jaskini … Skorpion choć najwyraxniej również ranny zaatakował pozostałych przyjaciół. Victor i Gimli nie mając czasu by pomóc przyjacielowi jednocześnie wystrzelili ze swych łuków i kusz wiele krzywdy mu nie zrobili, ale również atak skorpiona nie zrobił im krzywdy. Wydarzenia potoczyły się błyskawicznie – ciosy miecza Gimliego, bełty kuszy Victora i kolec skorpiona błyskały przez chwilę, gdy w końcu ranny Karas wreszcie poprawnie wypowiadając zaklęcie wystrzelił z kostura i ostatecznie zabił bestię … Walka była kończona lecz Karas krwawił obficie i potrzebował pomocy. Przyjaciele mieli się już wycofać, ale postanowili że spróbują szybko przeszukać salę, licząc że bestia pilnowała skarbu … Okazało się jednak że skarbu nie było. Za to w kierunku przyjaciół ruszył drugi skorpion … Nie czekając na rozwój wypadków Victor wziął nogi za pas, a Gimli ruszył za nim ciągnąć ze sobą rannego Karasa …

Drużyna wpadła do obozowiska krzycząc - Uciekać! Ratuj się kto w może! I wkrótce obie ekipy w panice i nieładzie wybiegły z jaskini w mrok nocy …


Po intensywnym biegu przyjaciele zziajani wreszcie stanęli i ciężko dysząc wyjaśnili Krazugowi sytuację. W tym czasie Karas mamrotał uzdrowicielskie zaklęcia, które zasklepiły jego rany i pozwoliły normalnie funkcjonować … 





niedziela, 13 listopada 2016

Sesja 2 - Droga przez pustynię

Przy śniadaniu następnego dnia drużyna poznała swego gospodarza – kupca Grendala, o którym opowiadali poprzedniego dnia ich gospodyni oraz drugi z kupców Igor – z którymi wieczerzali poprzedniego dnia. Przy śniadaniu Grendal opowiedział najnowsze wieści z miasta – jak się okazało w miasteczku zaczęły się jakieś rozruchy – ludzie demonstrowali, zewsząd słychać były okrzyki przeciw władcy, strażnicy miejscy i agenci policji obrzucani byli kamieniami i mniej świeżymi warzywami …

Pomimo tych wieści Grendal był szczęśliwy wracając do domu i jeszcze bardziej gdy dowiedział się o propozycji drużyny i Igora w kwestii ich udziału w następnej karawanie do Lieberpestii. Tym bardziej że przyprowadził ze sobą towarzysza wyprawy – orka Krazuga, który przyłączył się do jego karawany w Lieberpestii i zdaje się, że szukał przygód.

Olbrzymi ork szybko znalazł wspólny język z towarzyszami, zwłaszcza z Karasem, z którym łączyło go choćby gorące uczucie do elfów – biegunowo odmienne od miłości zresztą. Rozmowa toczyła się w miłej atmosferze do momentu, kiedy któremuś z towarzyszy wymknęło się o kilka słów za dużo o ich udziale w zadymie w Reichengardzie. Wtedy nagle Grendal z rozmachem wstał, aż krzesło trzasnęło o ścianę i bez uprzedzenia wrzasnął:
- Won! Wynocha z mojego domu! Nie chcę tu żadnej polityki! A do karawany nawet się nie zbliżajcie … Jeszcze mi życie moje i mojej rodziny miłe!

Przyjaciele nieco zdziwieni sytuacją i emocjami gospodarza opuścili niegościnny już dom dziękując jeszcze tylko na odchodnym gospodyni i Igorowi. Ten ostatni jakby chciał coś jeszcze im powiedzieć ale gdy tylko zerknął na rozgniewanego wspólnika powstrzymał się i uciekając wzrokiem tylko ich szybko pożegnał. Nawet niezbyt zdziwili się gdy na zewnątrz razem z nimi znalazł się Krazug – wyglądało na to że niejako automatycznie stał się członkiem drużyny

Towarzysze nieco zrezygnowani powędrowali do handlarza by zakupić ekwipunek na drogę przez pustynię – bukłaki na wodę, prowiant i podobne. Kiedy objuczeni zakupami wędrowali przez miasteczko szukając miejsca na nocleg zauważyli tłum ludzi idący główną ulicą. Ludzie wykrzykiwali niezbyt miłe dla władzy epitety, z których „Śmierć Tyranowi!” należały do najłagodniejszych. Drużyna widziała też strażników miejskich i agentów ukrytych w bocznych uliczkach. Mimo to nie wiedzieć czemu włączyli się w tłum jakby szukali nowych wrażeń. Chwilę po tym gdy znaleźli się w tłumie na końcu zbiegowiska ze wszystkich stron naraz wyskoczyli strażnicy i tajniacy. Od tyłu główną drogą galopował oddział zbrojnych  wyglądających na tyle groźnie, że drużyna rzuciła się do ucieczki wyważając drzwi w najbliższym domostwie – kiedy czwórka towarzyszy galopowała przez środek głównej izby jakiejś rodziny, Gimli w odruchu serca, widząc przerażone twarze dzieciaków kulące się pod ścianą rzucił im sztukę złota za otwarte z futryną drzwi. 

Drużyna wybiegła na tyły budynku i zaczęła przekradać się opłotkami gdy nagle w jednym z zaułków zobaczyła dwóch strażników miejskich okładających jakiegoś człowieka. Zanim rozpoznali w nim przywódcę całej tej deomnstracji, Gimli i Krazug, rzucili się na strażników, i wkrótce obaj przedstawiciele władzy leżeli jak kłody, a ocalony mężczyzna dziękował im ze łzami w oczach.
- Jestem Dargram, Dziękuję Wam z całego serca – życie Wam zawdzięczam …
- Dobra, to ocalmy Twoje i nasze życie i spiep… stąd … - przerwał mu Karas najprzytomniejszy z całej grupy …

Zanim Dargram zdążył cokolwiek zrobił Drużyna pognała przez boczne ulice miasteczka. Gdy się nieco uspokoili i stwierdzili, że pętanie się po ulicach nie należy w obecnej sytuacji do najmądrzejszych zajęć uznali za dopuszczalne ryzyko zatrzymanie się w karczmie na obrzeżach miasta. Kiedy zasiedli za stołem i zamówili strawę przy ich stole pojawił się przy ich stole uratowany niedawno Dargram:
- Przepraszam, że za Wami podążałem ale chciałem podziękować Wam w godny sposób. Na początek czy uczynicie mi zaszczyt i zostaniecie moimi gośćmi przy tej wieczerzy? Chciałbym zapłacić za ten posiłek a potem zaprowadzę Was w bezpieczne miejsce – ratując mnie naraziliście się tyranii …

Po obfitym posiłku, pokrzepieniu również na duszy przyjazną duszą i kwartą piwa towarzysze w całkiem dobrym nastroju. Ale już na progu zrzedły im miny gdyż natknęli się na patrol dwóch strażników, którzy zainteresowali się nimi:
- Kim jesteście!? Dokąd zmierzacie!

Po raz pierwszy od początku wspólnych przygód przyjaciele nie rzucili się od razu na zadających niewygodne pytania ciekawskich i już po chwili okazało się słusznie gdyż w jednym ze strażników Dargram rozpoznał swojego dalekiego kuzyna, który udzielił im obszernych informacji. Okazało się że zamieszki to nie tylko miejscowy ewenement, ale bunt poniósł się we wszystkich miastach Królestwa Reichengardu, a przyczyną wszystkiego był ponoć zamach na szefa tajnej policji Darloga …

Słysząc te słowa Karas, Gimli i Victor spojrzeli po sobie z niedowierzaniem – czyżby to ich dzieło ta cała rewolucja?! Tylko Krazug nie do końca wiedział o co chodzi, choć zaczynało do niego docierać, że trafił w szemrane towarzystwo. Ale nie wyglądał na zbytnio tym zmartwionego … Właściwie to nawet wydawał się zadowolony z tego, że znalazł się w samym środku wojny domowej, a jego bezpośrednie otoczenie stanowili bezpośrednią przyczynę całej sytuacji.

Wracając jednak do rzeczywistości – Dargram powiódł towarzyszy do swego domu gdzie mogli wreszcie spokojnie i bezpiecznie porozmawiać. Gdy towarzysze wspomnieli mu o straconej okazji na wyjazd z miasta z karawaną gospodarz uśmiechnął się i powiedział:
- Kupiec Grendal to dobry człowiek, ale jego apolityczne podejście jest w mieście znane – wygląda jakby się bał polityki i unikał jej jak ognia … Co innego Igor – to mój przyjaciel i … no mogę Wam powiedzieć … mój towarzysz w naszej sprawie … Nie wszystko jest stracone …
- Ale wyrzucił nas z domu! I raczej nie zechce nas w swej karawanie …
- Tylko że następną wyprawę ma prowadzić Igor … A jemu nie będzie przeszkadzało czterech towarzyszy w wyprawie kupieckiej – zwłaszcza takich chwatów jak Wy … A o wydarzenia i znajomość ze mną pytał też nie będzie …
- To czy możemy się z nim spotkać …
- Tak się składa, że i tak ma tu zaraz być … mieliśmy mieć nara… porozmawiać mieliśmy o sytuacji w mieście …

I tak się stało – Igor zgodził się na propozycję, obiecał zabrać dodatkowe wierzchowce dla przyjaciół ale ostrzegł ich, że na granicy można oczekiwać zwiększonej czujności celników, strażników a i tajniacy z pewnością będą węszyć … Zaproponował więc spotkanie w opuszczonej oazie na pustyni – na tyle daleko by była poza zainteresowaniem władz i na tyle blisko by dotarcie tam nie stanowiło większego wyzwania.

Następnego dnia Dargram wyprowadził przyjaciół poza miasto, wskazał gdzie jest osada, pożegnał przyjaciół i skierował się z powrotem do miasta. Drużyna ruszyła w kierunku trzech opuszczonych domostw i gdy stanęła między nimi nagle ze wszystkich stron otoczyła ich grupa zbirów – mordy zakazane, wygląd godny pożałowania, kiepsko uzbrojeni – ale jednak było ich dziesięciu i wyglądali na zdesperowanych.
- Dawać pieniądze! Już! – wykrzyknął jeden z nich, najwyraźniej przywódca …
- Dogadajmy się … zaczął jeden z towarzyszy …
- Rzućcie broń! Jesteście otoczeni …

Perspektywa pozbycia się broni raczej nie spodobała się naszym bohaterom i jedynym który broń rzucił był Victor – rzucił bowiem granat zapalający w kierunku napastników. Tym razem jednak rzucił tak pechowo że, ten wybuchł bliżej niego niż przeciwników i właśnie jego ogłuszył wybuchem … Znacznie lepiej poszło Karasowi, który pociągął smoczym ogniem ze swego magicznego kostura – dwóch napastników padło ogłuszonych, trzeci zginął od razu. Gimli błyskawicznie wyciągnął łuk i zabił jednego napastnika, a Krazug toporem rozpłatał kolejnych dwóch. Czterech pozostałych rzuciło się ucieczki lecz wkrótce i oni leżeli martwi gdy dosięgły ich strzały łucznika i błyskawica Karasa. Gdy Victor otrząsnął się po wszystkim i rozejrzał się wokoło stwierdził krótko:
- Aleście nawyrabiali … Istotnie – osiem ciał i dwóch ostatnich ledwo przytomnych napastników w kilkanaście sekund w trakcie, których pozostawał nieświadomy po sowim samookaleczniu granatem robiło wrażenie … Ale że Victor był jeszcze nieco wkurzony wyżył się nieco na jeńcach rozdzielając im kilka kopniaków i na dłużej pozbawiając ich świadomości …
- No teraz to ich może przesłuchasz … zadrwił Gimli …
- No… może faktycznie przesadziłem … zasępił się Victor …

Przyjaciele przeszukali domostwa – Gimli znalazł trochę złota i księgę – rodzaj pamiętnika o podróży przez pustynię, którą właśnie mieli pokonać, a Krazug również złoto i bogato zdobiony miecz – jakże nie pasujący do zbirów, których właśnie pokonali. Zanim zdołali zastanowić się gdzie bieleją kości uprzedniego właściciela tego miecza zza najbliższej wydmy wyłoniła się karawana na czele której jechał Igor. Gdy zobaczył pobojowisko zapytał z przerażeniem w oczach:
- Co tu się stało? Kim oni są?
- Nie wiemy czekali tu na nas i napadli!
- Nigdy dotąd bandyci nie zapędzali się tak daleko – zazwyczaj dopiero za Wzgórzami Harrida można się było spodziewać bandytów … Nie byliśmy na to gotowi – wyrżnęliby nas gdyby nie Wy … uratowaliście nam życie …

Wkrótce Drużyna ruszyła razem z karawaną. Po kilku dniach podróży dotarli od oazy gdzie spotkali się z karawaną kierującą się w przeciwną stronę. Igor i drużyna przysiedli się do ogniska nieznajomych przy którym podzielili się z nieznajomymi informacjami o rozruchach w Królestwie Reichengardu. Przybysze podziękowali drużynie bukłakiem przedniego wina i rozmowa toczyła się do późna … O wszystkim i o niczym – jak to bywa przy takich długich, podlanych procentami rozmowach. W rozmowie niezbyt udzielał się Gimli, który jak to krasnolud średnio był towarzyski. Ale w pewnym momencie nawet jemu oczy rozbłysły i się ożywił, gdy przybysze opisywali nowe miasto Alfland, które założyli jego pobratymcy na wybrzeżu, na północ od Piekielnych Gór. Ponoć było to miejsce przypominające stare grody krasnoludzkie – widać było tęsknotę ukrytą w gębi oczu krasnoluda…

Gdy w błogich nastrojach, nieco chwiejnym krokiem, wracali do swego obozowiska Igor nieco zmienił ich nastrój ni to stwierdzając, ni to pytając:
- Bardzo dużo wiecie o wydarzeniach w Reichengardzie … Skąd wiedzieliście że Darlog był poparzony? Że zamach był w karczmie? Tego nie wiedział nikt we Floddsam …

Przyjaciele spojrzeli po sobie i po chwili przedstawili prawdziwą wersję wydarzeń Igorowi, na co wpływ miało wypite wino i fakt, że uznali go już za przyjaciela … Dotyczyło to również Krazuga, który jakby się wszystkiego domyślał ale dopiero teraz dowiedział się wszystkiego na pewno. Na takie dictum Igor zaczął nazywać ich bohaterami i namawiać do powrotu do Floddsam i objecia przywództwa wywołanej rebelii … Ale przyjaciele byli nieugięci …
- Chłopie! Myśmy tę całą rewolucję przez cholerny przypadek wywołali. Gdyby się Karas w błoto nie wykopyrtnął z tymi papierami dzisiaj pewnie byłby cholerny spokój … A tak rewolucja w rzyć kopana jest …

Trochę to jakże prawdziwe zdanie Igora uwielbienie do drużyny zmniejszyło, ale chyba nawet lepiej czuli się będąc dla niego przyjaciółmi i ludźmi z krwii i kości niż ikonami rewolucji …

Następnego dnia, mimo kaca tysiąclecia, karawana ruszyła dalej … Kilka dni podróżowali bez większych przeszkód (poza Słońcem, upałem, piaskiem i Słońcem …) aż wreszcie na horyzoncie pojawił się ciemny cień – Igor zawołał do przyjaciół przygotujcie się – zaraz będzie burza piaskowa – zwiążcie się razem linami i przywiążcie do wielbłądów… Gwałtowne uderzenie piasku zwaliło wszystkich z nóg ale przygotowaniu zdołali się okryć i przeczekać … po kilkudziesięciu minutach szalejącego żywiołu wszystko ucichło równie nagle jak się zaczęło.

Cała karawana pozbierała się w miarę sprawnie i już mieli ruszać w dalszą drogę, gdy uwagę Karasa zwróciły kształty które pojawiły się opodal miejsca postoju po przejściu burzy piaskowej – otóż spod piasku wystawał najwyraźniej … dach jakiegoś starego domostwa … Na środku pustyni! Gimli zawołał:
- Zaraz, zaraz – w tej księdze znalezionej w oazie była legenda … o kuźni krasnoludzkiej na pustyni – ponoć w niej wykuwano miecze zdobione kwarcem … miały magiczną moc chroniącą przed klątwami i niektórymi zaklęciami …
- No to na co czekamy? Wchodzimy – rozochocił się Karas, zwolennik wiedzy wszelkiej maści …

Tak też uczynili i już po chwili przebili się przez dach do środka pomieszczenia, gdzie znaleźli metalowy uchwyt w podłodze – jak się okazało był to uchwyt klapy pod którą znajdował się pionowy szyb, którym już wkrótce Gimli, Victor i Karas zeszli na dół. Tam znalazły się dwa tunele – w jeden skręcił drakonid, w drugi pozostała dwójka. Już po chwili Karas znalazł się w większym pomieszczeniu gdzie na ścianach wisiały setki mieczy, toporów, halabard – wszystkie zdobione kryształami kwarcu. Na środku sali był warsztat, a na nim kilka najpiękniejszych sztuk broni oraz jakieś księgi. Drakonid zawołał przyjaciół i gdy Ci weszli do sali zapalił dodatkowe pochodnie – zrobiło się jasno i przyjaciele mogli jeszcze lepiej docenić kunszt dawnych mistrzów krasnoludzkich …

Gimli z namaszczeniem wziął do ręki jedną z ksiąg i zaczął coś pod nosem mamrotać najwyraźniej próbując odczytać starokrasnoludzki tekst … Gdy na chwilę zamilkł najwyraźniej kończąc jakiś fragment z księgi wystrzelił jasny płomień i sala zaczęła się trząść w posadach …

- W nogi! - ryknął Gimli i jako pierwszy wygalopował do tunelu, chwytając jedynie w jedną rękę topór, w drugą miecz … Zaraz za nim pognali Karas z kilkoma księgami i mieczem i Victor, który również nie omieszkał zaopatrzyć się w pięknie zdobiony miecz. Przyjaciele w ostatniej chwili wyciągnięci zostali z szybu przez Krazuga, który całą trójkę wyciągnął jednym zrywem – mimo jego potężnej postury żaden z nich nie spodziewał się po nim takiej siły – trzech chłopa na linie wyciągnąć … Z wdzięczności za uratowanie życia Gimli oddał jeden ze swoich łupów – topór, który jakże pasował do postury wielkiego orka …  


Przygoda 2 - Sesja 1 Ucieczka z Reichengardu

Zaczynamy nową przygodę z RPG-ami. Wykorzystamy przygotowany już przez Janka świat, a więc mapa pozostaje aktualna, może trochę ją będziemy uzupełniać i zmieniać w miarę potrzeby. Zmienią się bohaterowie bo tym razem ja będę Mistrzem Gry, a Janek jednym z uczestników.

Sesja 1 - Ucieczka z Reichengardu

W zatłoczonej podrzędnej karczmie w Reichengardzie panował rozgardiasz, hałas i normalne w takim miejscu zamieszanie. Jako że miejsc wolnych nie było każdy siadał gdzie było akurat wolne miejsce. Przy jednym z mniejszych stolików na uboczu przysiadło trzech spoglądających na siebie spode łba gości: krasnolud o typowej dla tej rasy urodzie i może nieco bardziej bujnej brodzi i wąsiskach, człowiek średniego wzrostu z długimi czarnymi włosami, hiszpańską bródką i ogorzałą od wiatru twarzą oraz olbrzymiego wzrostu drakonid o pylistej cerze, łuskowatym ciele i kolczaste brodzie. Atmosfera nad stolikiem unosiła się cokolwiek gęsta gdy nagle z hukiem na jego środku wylądowała sakiewka, a obok wyrósł jak spod ziemi najwyraźniej nieznany biesiadującym człowiek.
Zupełnie przeciętny, bez żadnych szczególnych znaków, w dobrze skrojonym, czystym (co w tych czasach oczywistym nie było) acz niewyrafinowanym stroju. Choć nie wyróżniał się z tłumu, w czym pomagał nasunięty głęboko kaptur, coś w jego postaci było coś takiego, że trzy pary oczu patrzyły na niego z uwagą … Oczywiście sakiewka na stole, która chwilę wcześniej zabrzęczała również miała wpływ na zdobycie ich uwagi …

Gdy minęło pierwsze zaskoczenie, a cała czwórka przystąpiła do rozmowy – okazało się, że człowiek w kapturze ma dla trójki ofertę – zaproponował po 4 sztuki złota dla każdego za dostarczenie przesyłki z przedmieścia. Taka kwota za mały spacerek wydawała się absurdalna, ale skoro znalazł się frajer zamierzający za to płacić nieznajomi nie omieszkali się wzbogacić … Nawet udało im się wynegocjować od Darloga (bo tak przedstawił się przybysz) po sztuce złota zaliczki …

Cała trójka wyruszyła więc niezwłocznie po drodze poznając się nieco bliżej – człowiek przedstawił się jako Victor, krasnolud jako Gimli, a drakonid zwał się Karasem.

Trójka już teraz znajomych szybkim krokiem przemierzała opustoszałe, mokre od deszczu i szare od zapadających ciemności ulice i wkrótce znalazła się przed zaniedbanym obejściem z czerwonej cegły. Zniszczone drewniane okiennice, bałagan na ganku, dziurawe rynny nie zachęcały do wizyty. Ale obiecane złoto brzmiało wystarczająco zachęcająco, by zapukać …

W drzwiach stanął drakonid ale gdy tylko zapukał do drzwi, te uchyliły się i dwie pary silnych rąk wciągnęły olbrzyma do środka. W stronę jego głowy poleciała pałka jednego z atakujących, ale zręcznym ruchem Karas uniknął ciosu. Sam próbował zadać cios, ale wytrącony jeszcze z równowagi chybił i już szykował się do otrzymania kolejnego ciosu gdy do pomieszczenia wpadli pozostali towarzysze – bełt kuszy Victora utkwił w piersi jednego z napastników, a strzała łuku Gimliego o włos minęła głowę drugiego. Ten nie czekając na rozwój wypadków rzucił się do ucieczki kierując się w głąb domu …

Już po chwili jednak wił się przerażony obalony przez krasnoluda i człowieka, niemal płacząc błagał o życie … Towarzysze zaczęli przesłuchanie, z którego błyskawicznie wynikło, że krótka walka przed chwilą to zwykły brak komunikacji i nadmiar gorliwości strażników miejskich, którymi okazali się „gospodarze” domu. Teraz jedne leżał sztywny a drugi przerażony. Strach jego jednak zmniejszył się już ze stanu „panika” do „przerażenie”, a gdy w rozmowie trójki towarzyszy padło wspomnienie o odbiorze paczki dla Darloga niemal zupełnie się uspokoił, to znaczy przestał się trząść jak galareta i zaczął składnie mówić:
- Mam dla Was paczkę, czekaliśmy na kogoś od niego ale Wy nie wyglądacie … jak od niego …
- Kim jesteście … hmm … jesteś?
- Ja? Jestem sługą Darloga jak wielu …
- A ten Darlog to kto?

Widok rozmówcy był zaiste uosobieniem bezmiaru niezrozumienia …
- Przychodzicie od Darloga po paczkę dla niego i nie wiecie kim jest?
- Nie wiemy, a jak się zaraz nie dowiemy to Ty zaraz się z kolei dowiesz, jak smakuje sztylet na zimno … !
- Już wszystko mówię! Darlog to szef tajnej policji Reichengardu…
- Cholera! Tośmy się wpakowali – zabić agenta tajnej policji pierwszego dnia znajomości – jęknął drakonid …
- Eeeee… On raczej nie jest z tych co płacze za swoimi ludźmi … A ten tutaj i tak raczej tępy był – przez niego cała ta draka. Mówiłem mu żeby Cię wpuścić i wypytać a ten rzucił się od razu do bójki … Zresztą perspektywa oszczędzenia kilku denarów żołdu też nie jest bez znaczenia dla tego skąpca …
- Dobra dawaj tę paczkę i spadamy! - rzucił któryś z towarzyszy. Mieli wątpliwości czy nie lepiej byłoby tego strażnika uciszyć na zawsze ale szczera gęba strażnika i coś jeszcze podpowiadało im żeby go oszczędzić. Towarzysze odebrali więc paczkę i ruszyli do karczmy. Po drodze jednak Karas i Victor nie wytrzymali postanowili otworzyć paczkę w jakimś zaułku po drodze. Pomimo protestów Gimliego drakonid otworzył paczkę. W dodatku potykając się przy tym upuścił zawartość, którą były jakieś pergaminy i papiery, prosto w błoto.
- O żesz k… ! Wy kretyni – teraz tośmy się wpakowali …
- Może nie zauważy, drapiąc się w kościaną brodę – rozważał Karas …
- No chyba Cię pogięło! Szef tajnej policji nie zauważy, że jego papiery są ufajdolone błotem jak buty stajennego … ?!
- No …
- A co to za papiery? Chyba nie wysyłałby obcych po jakieś super tajemnice?

Okazało się, że papiery to tylko jakieś rachunki, listy przewozowe – zwykła handlowa korespondencja. Towarzysze uradzili więc, że mimo wszystko oddadzą przesyłkę w ręce Darloga … 

Wkrótce więc stanęli przed nim i przestępując z nogi na nogę położyli przed nim papiery.
- Coście z tym zrobili! Otworzyliście?! Moją przesyłkę!? Straaaż!!!!

Z tymi słowami prysnęła nadzieja na spokój a w stronę całej grupy rzucili się strażnicy, którzy pojawili się znikąd … Nie tracąc zmysłów Victor wyszarpnął z sakwy granat zapalający i rzucił w napastników – czterech z nich zajęło się ogniem, pozostali oślepieni stanęli jak wryci. Jednocześnie Karas strzelił Darlogowi zmoczym ogniem prosto w twarz – ten złapał się za poparzoną twarz i wrzeszczał wniebogłosy. Trójka naszych bohaterów w mgnieniu oka znalazła się za drzwiami i po chwili cwałowali główną ulicą oddalając się od karczmy, która jarała się już po sam dach, a wewnątrz słychać było kolejne wybuchy – widać, że karczmarz miał spore zapasy łatwopalnego bimbru … całkiem mocnego sądząc po odgłosach i wysokości płomieni …

Towarzysze zwolnili do galopu przy bramie miejskiej i mijając gapiących się na pożar żołnierzy przy bramie niemal normalnym krokiem opuścili miasto. Za to zaraz za murami ruszyli znów pełnym pędem i zwolnili dopiero chroniąc się w lesie przy gościńcu … Kiedy klapnęli zmachani na trawę w oddali ujrzeli, że brama się otwiera a z miasta w pełnym galopie wyjeżdża oddział żołnierzy … raczej nie na przejażdżkę poobiednią …

Na szczęście zmierzchało już i ukryci w zaroślach uciekinierzy pozostali niezauważeni. Gdy pościg ich minął ruszyli w głąb lasu. Drużyna jednogłośnie postanowiła oddalić się od gościńca na bezpieczną odległość. Dopiero drugiego dnia pod wieczór zmordowania towarzysze uznali, że czas poszukać schronienia. Dwudniowy marszobieg przez las, w deszczu i ze świadomością możliwego pościgu, dał im się mocno we znaki więc gdy pod wieczór stanęli na polanie nad rzeką, gdzie znajdowało się opuszczone domostwo nie mieli wątpliwości, że czas odpocząć. Śmiertelnie zmęczeni sprawdzili tylko, że w okolicy nikogo nie ma, ustalili kolejności wart i położyli się na spoczynek, a właściwie padli jak kłody na posłania.

Reszta nocy minęła spokojnie, a rano towarzysze zasiedli do narady. Ich sytuacja była nie do pozazdroszczenia – zważywszy, że zaczęło się od upuszczenia w błoto jakiejś cholernej korespondencji handlowej to w zasadzie mieli przechlapane … Mogli bowiem wrócić do Reichengardu (co w zasadzie było równoważne założeniu sobie na szyję pętli stryczka), ruszyć przez pustynię na północ (bez koni, odpowiedniego ekwipunku było to równie kuszące jak poprzednia opcja), ukryć się w pobliskich górach (to również wobec zbliżającej się zimy także mało zachęcające) oraz po cichu przedostać się do pobliskiego miasta Flooddsam i stamtąd ruszyć dalej. Trójka uznała ostatnią opcję za najmniej szaleńczą…

Flooddsam było miejscowością gdzie krzyżowały się szlaki kupieckie. Przeprawa przez rzekę (stanowiącą samą w sobie szlak kupiecki ze wschodu na zachód), jedyna w okolicy, oraz biegnąca tędy droga z Raichengardu na północ przez pustynię czyniły z tego miasta centrum kupieckie. Z jednej strony było tu dużo strażników, celników, tajniaków ale też i tłumy kupców i podróżnych dawały pewną szansę na anonimowość.

Drużyna przeprawiła się przez rzekę na skleconej przez Victora tratwie i ruszyła wzdłuż rzeki do swego celu. Drugiego dnia, ukryci w zaroślach na granicy miasta, czekali na dobra okazję by po cichu do niego się dostać. Tak się stało gdy w pewnym momencie zauważył ich jakiś bawiący się nad rzeką dzieciak i przestraszony rzucił się do miasta. Zanim Gimli zdąży zrealizować swój pomysł rozwiązania problemu przy pomocy łuku i strzały, pojawiła się matka chłopca, a Karas zdołał w jakiś sposób podejść do obojga nie wzbudzając strachu. Zagadnął kobietę i już wkrótce wszyscy zasiedli do wieczerzy w jej domu, w którym jak się okazało wynajmowała pokoje dla podróżnych. W czasie wieczerzy pojawił się także sąsiad – przyjaciel i wspólnik męża gospodyni. Obaj byli kupcami, a któż jest lepiej poinformowany niż kupcy …

Towarzysze nie dość, że dowiedzieli się że choć po wydarzeniach sprzed kilku dni w stolicy jakieś zamieszanie w mieście się pojawiło, a wraz z nim dodatkowe patrole straży miejskiej, to jednak zyskali też pewność, że tymczasem nie pojawiły się jeszcze listy gończe z ich podobiznami … Dochodziło co prawda słuchy o dziwnych zdarzeniach ale nikt nie wiedział co się dzieje … nawet kupcy, a Ci przecież zawsze mieli informacje z pierwszej ręki …


Co więcej uradzili z kupcem, że wyruszą wraz z jego następną karawaną na północ przez pustynię … Po sutej wieczerzy, pokrzepieni też w miarę pozytywnymi wieściami (w tej sytuacji brak złych wiadomości to już sukces) towarzysze spoczęli na wygodnych posłaniach … 


wtorek, 30 sierpnia 2016

Sesja 3 - Na morzu

Po gwałtownych wydarzeniach poprzedniego dnia drużyna pozwoliła sobie na świętowanie swych bohaterskich czynów przez większą część nocy. W końcu nie co dzień jest się bohaterem. W efekcie poranek był ciężki i tylko niejasne poczucie obowiązku wygnało przyjaciół z gospody. Kiedy to się wreszcie udało ruszyli do portu, w którym spodziewali się spotkać Alrahama.

Tak było w istocie - stal on wraz z Wulfem i młodą wysoką elfką. Kiedy Drużyna podeszła do nich odezwał się.
- Witajcie przyjaciele! Mam dla Was świetne wieści - na wieść o Waszej wyprawie zgłosiła się grupa kolonistów, którzy chcą nieść światło cywilizacji w dzikie ostępy ...
- Koloniści się przydadzą, w końcu chcemy założyć nowe osady w nieznanych krajach - potwierdził Mabufang ...
- A ta tutaj to kto!? Niezbyt grzecznie, zapewne z powodu męczącego go kaca - zapytał Tzinhorn
- To Golum - elfka która chce przyłączyć się do Waszej wyprawy - wyjaśnił Alraham, wskazując na postać, która uprzejmość Tzinhorna zbyła wytwornym ukłonem i błyskiem w oku - przyjmiecie ją?
- Dodatkowa racja żywnościowa zawsze się przyda - mruknął pon nosem Dargoth, ale Mabufang przejął inicjatywę:
- Możesz do nas dołączyć jeśli masz czyste zamiary ...
- Zapewniam Cię, że tak Mabufangu...

Dalsza rozmowa toczyła się już w drodze do pobliskiego kupca, u którego Drużyna uzupełniła zapasy oraz ekwipunek (plecaki, latarnię, lekką zbroję dla Tzinhorna). Po zapłaceniu rachunku przyjaciele wsiedli na statek i żegnani przez Alrahama i jego Szkarłatne Tarcze wypłynęli z portu.

W trakcie rejsu Dargoth nudził się wyjątkowo, a że od kilkudziesięciu godzin nikomu nie przylał w którymś momencie uznał za obraźliwy dla swej osoby sposób w jaki Golum wpatrywał się w morze - i jej po prostu przylał. Tzinhorn i Mabufang rozdzielili ich bo elfka już sięgała po nóż a Dargoth po topór i wyjaśnili nowemu członkowi wyprawy że taka przyjacielska fanga w nos od Dargotha to element jego stylu życia i jest najwyższym wyrazem uznania dla elfów i elfek w szczególności ...

Po dwóch dniach rejsu sokół Tzinhorna zasygnalizował niebezpieczeństwo. Morgan również jako stary wilk morski wiedział że zbliża się burza. Mabufang nalegał by gnać na pełnych żaglach ale Morgan postawił na swoim i w końcu zrefowali żagle - w sam czas bo fale zaczęły już przelewać się przez pokład i jeden z żagli został porwany w strzępy. Jak się okazało morska woda zniszczyła część zapasów. Dodatkowo konik Goluma zamknięty w ładowni zaczął szaleć pod pokładem i nie dał się uspokoić ani załodze ani nawet Golumowi - dopiero przypadkiem udało się to Tzinhornowi (który zawsze w kieszeni nosił kilka kostek cukru na pokrzepienie a teraz się nimi podzielił z konikiem).

Z tego wszystkiego najmniej zadowolony był Dargoth bo najwyraźniej zaczęło mu się roić że Drużyna pozwoli jemu uspokoić konika - przy pomocy jego własnych wyrafinowanych metod. Ale nic z tego i Dargoth był zły ... co w sumie było normą ...

Ponieważ burza przybierała na sile Morgan płynął w kierunku pobliskiego brzegu gdzie wpłynął do bezpiecznie wyglądającej zatoczki. Okazało się że na brzegu zatoki jest jakaś osada, ponieważ jednak przyjaciele uznali że bezpieczniej będzie by na zwiad popłynął Dargoth (bo już zaczynał szukać zwady, a poza tym przeczucie Tzinhorna podpowiadało by to on popłynął na brzeg).

Jak się okazało słusznie, bo wioska należała do wolnych orków  z którymi Dargoth nie tylko się o dziwo nie pobił ale nawet wycyganił od nich zapasy suszonej wołowiny dając im w zamian  sztukę złota. Był tak przyjacielski że nawet przez chwilę zastanawiał się nad przekazaniem orkom w darze swego zestawu do tortur ale tu zaprotestowała cała Drużyna pamiętająca efektywność tych uroczych małych obcążków i pięknie błyszczących ostrzy. W wiosce było miło ale kiedy Dargoth zorientował się że przyjacielscy orkowie wobec elfów są przyjacielscy w znacznie mniejszy stopniu wrócił na statek i zasugerował wypłynięcie zwłaszcza, że burza już przycichła.

Kolejnego dnia rejsu na horyzoncie zamajaczył kolejny ląd, a że najwyższy czas było uzupełnić zapasy słodkiej wody Morgan skierował statek na ląd.

Kiedy przybili do brzegu Golum wypuścił swego konika na plażę, gdzie ten szalał do woli. Wszyscy patrzyli na brykania konika z przyjemnością i tylko Dargoth mruczał coś pod nosem. Po chwili Drużuna ruszyła w głąb lądu - Golum na koniku, reszta za nimi. Roślinność na wyspie była bujna i przyjaciele podziwiali nieznane sobie rośliny. Nawet Dargoth wzruszył się na widok jakiegoś kwiatu  z pięknymi owocami - może dlatego, że zauważył jak kwiat w pewnym momencie otworzył swój kielich i dosłownie połknął przelatującego obok ptaka - drapieżny kwiatek? To coś dla orka ...

Gdy wyprawa  przedzierała się przez gęstniejące zarośla Tzinhorn ostrzegł przyjaciół - Czuję niebezpieczeństwo! Przyjaciele chwycili za broń i akurat w tym momencie wokół nich pojawiła się grupa ośmiu dziwnych stworów - wyglądały trochę jak ogromne żaby, chodzące w postawie pionowej z ogromną ilością drobnych, ale ostrych jak brzytwa zębów. Wyłupiaste oczy jak u ryby umiejscowione były z obu boków głowy, a na grzbiecie widoczne były wypustki zakończone kolcami. W łapach stwory dzierżyły prymitywne włócznie i charcząc i plując podskakiwały i coraz bardziej zbliżały się do wędrowców.

Kiedy jeden z nich zbliżył się za blisko przyjaciele nie wahali się zbyt długo - Mabufang chwycił kuszę i bełt przebił gardło najgłośniej charczącego stwora, Golum również strzelił ale niecelnie, Tzinhorn ze swego łuku przeszył kolejnego. Dargoth z radością i toporem rzucił się na całą grupę stworów na samym początku rozłupując dwa z nich jednym ciosem swego topora.

Rozpętała się gwałtowna walka podczas której wszystkie poza jednym stworem zostały zabite ale i po stronie Drużyny nie obyło się bez strat - jedna z włóczni trafiła idealnie między płyty pancerza Dargotha i ten został zraniony. Mimo opatrzenia rany przez Mabufanga widać było że rana może być poważna - Diabli wiedzą czy te stwory nie mają jakiegoś jadu - powiedział drużynowy medyk Mabufang.

Ostatni, związany stwór charczał coraz bardziej wydając dźwięki zupełnie niezrozumiałe - przesłuchiwanie go było więc zupełnie nieskuteczne. Został więc związany, zakneblowany i wrzucony na grzbiet konika - może uda się go zrozumieć przy pomocy załogi Morgana, która zwiedziła wiele nadmorskich krain. Choć stwór budził obrzydzenie widać było że jest istotną myślącą i wędrowcom właściwie tych zabitych stworów - nie mieli jednak wyjścia bo wyglądało że zamiary ich nie były przyjacielskie. Obawiając się spotkania z liczniejszymi pobratymcami troglodytów (tak ich nazwał Mabufang, a Tzinhorn wyśledził w pobliżu ich wioskę) Drużyna szybko zwinęła się na statek po drodze odnajdując jeszcze źródło słodkiej wody i uzupełniając jej zapas. Dla bezpieczeństwa Morgan wyprowadził statek na środek zatoki i rzucił kotwicę. Ponieważ zaczynało się ściemnić Mabufang wyznaczył wartę i przyjaciele udali się na spoczynek.

sobota, 20 sierpnia 2016

Sesja 2 - Zamach

Drużyna wyruszyła w podróż do Lieberpesti w swoim nowozdobytym slupie „Delarine”. Na samym początku rejsu okazało się, że Tzinhorn raczej do doświadczonych matrosów nie należy i przez całą drogę rzygał jak kot.

Kiedy Morgan zameldował w kubryku że zbliżają się do Lieberpestii, drużyna wyszła na pokład. Po chwili Mabufang powiedział do reszty:
- Czy mi się wydaje, czy na horyzoncie widać jakieś dymy?
- Tam właśnie jest Leberfest – zwrócił uwagę Morgan
- Coś się tam dzieje – może nie będziemy się afiszować wpływając do portu na pełnych żaglach?
- Znam tu niedaleko spokojną zatoczkę, gdzie można spokojnie wylądować bez zwracania większej uwagi – dorzucił Morgan.

Sesja 1 - Początek w Lieberpestii

Dzień Pierwszy – Lieberpestii
-------------------------
Drużyna po uzupełnieniu ekwipunku u lokalnego kupca Heyrotha spokojnie wyszła na gwarną ulicę. Kiedy Mabufang, Dargoth i Tzinhorn oślepieni porannym słońcem przystanęli na skraju trotuaru stanęła przed nimi zakapturzona postać, która pojawiła się znikąd.
- Pomożcie nam! Ratujcie! Ktoś się z Wami skontakuje – po tych słowach postać rzuciła się w tłum uciekając przed zaskoczoną trójką.

Najzwinniejszy z nich Tzinhorn – zwiadowca wychowany w tym mieście, rzucił się w pogoń za uciekającą postacią ale, że potknął się o własne nogi (test oblany na dwóch jedynkach) zamiast złapać tę postać wpadł na przedstawiciela lokalnej Straży Miejskiej. Ten złapał Tzinhorna za kaftan i zaczął przepytywać: 
- Co robisz? Gdzie biegniesz? Kim jesteś?
- Ja? Gonię gościa co się tu do mnie przyczepił! O tam znika …
- A co Ty tu robisz?! Co tu knujecie w trójkę z tym orkiem i podejrzanym chuderlakiem?!
- Ja tu jestem sam! O kim człowieku mówisz?!
- O nim i o nim! – wskazał Mabufanga i Dargotha strażnik …

Widząc, że zaczyna się robić gorąco Dargoth, który nie należał do cierpliwych ale za to łapę miał ciężką jak niedźwiedź polarny na LSD, przywalił z piąchy strażnikowi, który złapał się za złamaną najwyraźniej szczękę. Nie czekając na dalszy rozwój wypadków trójka towarzyszy biegiem zniknęła za rogiem kierując się do południowej bramy miejskiej.

Nasz własny RPG - Wstęp

Niniejszy blog założony został na potrzeby naszej własnej, prywatnej przygody z RPG. Najbardziej doświadczony z nas Janek pełni rolę Mistrza Gry, ja pociągnę obowiązki kronikarza, a Tomek i Kuba będą uczestnikami gry. 

Będziemy tu publikować relacje z kolejnych sesji, opisy postaci, mapę  i co nam jeszcze do głowy wpadnie. Prawdę mówiąc jest to przede wszystkim na nasze potrzeby - bo dobrze jest mieć miejsce w którym można znaleźć historię całej przygody, choćby po to by się nie pogubić w zawiłościach przygody.

Zaczynając przyjęliśmy że w wyprawie biorą udział trzej uczestnicy:

- Mabufang z Reichengardu - Człowiek, Odkrywca. Najmądrzejszy z grupy, najwyraźniej przywódca wyprawy. Jest kolonizatorem, który marzy o stworzeniu nowoczesnego Państwa. Szczupły, wysoki, krótka czarna broda i wąsy. Jasna skóra i niebieskie oczy. Postać prowadzona przez Kubę. 

- Dargoth - Ork, Awanturnik, Siłacz i wojownik. Ostatni z plemienia Ghronk, zdradzony przez magów, pała żądzą zemsty i temu podporządkował swoje życie. Duży, zielony, wredna gęba ze szramą na lewym policzku. Nerwowy, o nic nie pyta tylko od razu wali w gębę. Postać prowadzona przez Tomka.

- Tzinhorn z Lieberpestii - Człowiek, Zwiadowca. Mały, drobny, sprężysty facet z koszmarną blizną na prawym policzku. Ubrany w czarny strój. Zakręcony, wiecznie czegoś zapomina. Uciekinier z Reichensgardu - nie chce powiedzieć z jakiego powodu musiał uciekać, ale kiedy ktoś o to pyta - dotyka blizny na policzku i ucieka albo zmienia temat. Postać prowadzona przeze mnie.