niedziela, 13 listopada 2016

Sesja 2 - Droga przez pustynię

Przy śniadaniu następnego dnia drużyna poznała swego gospodarza – kupca Grendala, o którym opowiadali poprzedniego dnia ich gospodyni oraz drugi z kupców Igor – z którymi wieczerzali poprzedniego dnia. Przy śniadaniu Grendal opowiedział najnowsze wieści z miasta – jak się okazało w miasteczku zaczęły się jakieś rozruchy – ludzie demonstrowali, zewsząd słychać były okrzyki przeciw władcy, strażnicy miejscy i agenci policji obrzucani byli kamieniami i mniej świeżymi warzywami …

Pomimo tych wieści Grendal był szczęśliwy wracając do domu i jeszcze bardziej gdy dowiedział się o propozycji drużyny i Igora w kwestii ich udziału w następnej karawanie do Lieberpestii. Tym bardziej że przyprowadził ze sobą towarzysza wyprawy – orka Krazuga, który przyłączył się do jego karawany w Lieberpestii i zdaje się, że szukał przygód.

Olbrzymi ork szybko znalazł wspólny język z towarzyszami, zwłaszcza z Karasem, z którym łączyło go choćby gorące uczucie do elfów – biegunowo odmienne od miłości zresztą. Rozmowa toczyła się w miłej atmosferze do momentu, kiedy któremuś z towarzyszy wymknęło się o kilka słów za dużo o ich udziale w zadymie w Reichengardzie. Wtedy nagle Grendal z rozmachem wstał, aż krzesło trzasnęło o ścianę i bez uprzedzenia wrzasnął:
- Won! Wynocha z mojego domu! Nie chcę tu żadnej polityki! A do karawany nawet się nie zbliżajcie … Jeszcze mi życie moje i mojej rodziny miłe!

Przyjaciele nieco zdziwieni sytuacją i emocjami gospodarza opuścili niegościnny już dom dziękując jeszcze tylko na odchodnym gospodyni i Igorowi. Ten ostatni jakby chciał coś jeszcze im powiedzieć ale gdy tylko zerknął na rozgniewanego wspólnika powstrzymał się i uciekając wzrokiem tylko ich szybko pożegnał. Nawet niezbyt zdziwili się gdy na zewnątrz razem z nimi znalazł się Krazug – wyglądało na to że niejako automatycznie stał się członkiem drużyny

Towarzysze nieco zrezygnowani powędrowali do handlarza by zakupić ekwipunek na drogę przez pustynię – bukłaki na wodę, prowiant i podobne. Kiedy objuczeni zakupami wędrowali przez miasteczko szukając miejsca na nocleg zauważyli tłum ludzi idący główną ulicą. Ludzie wykrzykiwali niezbyt miłe dla władzy epitety, z których „Śmierć Tyranowi!” należały do najłagodniejszych. Drużyna widziała też strażników miejskich i agentów ukrytych w bocznych uliczkach. Mimo to nie wiedzieć czemu włączyli się w tłum jakby szukali nowych wrażeń. Chwilę po tym gdy znaleźli się w tłumie na końcu zbiegowiska ze wszystkich stron naraz wyskoczyli strażnicy i tajniacy. Od tyłu główną drogą galopował oddział zbrojnych  wyglądających na tyle groźnie, że drużyna rzuciła się do ucieczki wyważając drzwi w najbliższym domostwie – kiedy czwórka towarzyszy galopowała przez środek głównej izby jakiejś rodziny, Gimli w odruchu serca, widząc przerażone twarze dzieciaków kulące się pod ścianą rzucił im sztukę złota za otwarte z futryną drzwi. 

Drużyna wybiegła na tyły budynku i zaczęła przekradać się opłotkami gdy nagle w jednym z zaułków zobaczyła dwóch strażników miejskich okładających jakiegoś człowieka. Zanim rozpoznali w nim przywódcę całej tej deomnstracji, Gimli i Krazug, rzucili się na strażników, i wkrótce obaj przedstawiciele władzy leżeli jak kłody, a ocalony mężczyzna dziękował im ze łzami w oczach.
- Jestem Dargram, Dziękuję Wam z całego serca – życie Wam zawdzięczam …
- Dobra, to ocalmy Twoje i nasze życie i spiep… stąd … - przerwał mu Karas najprzytomniejszy z całej grupy …

Zanim Dargram zdążył cokolwiek zrobił Drużyna pognała przez boczne ulice miasteczka. Gdy się nieco uspokoili i stwierdzili, że pętanie się po ulicach nie należy w obecnej sytuacji do najmądrzejszych zajęć uznali za dopuszczalne ryzyko zatrzymanie się w karczmie na obrzeżach miasta. Kiedy zasiedli za stołem i zamówili strawę przy ich stole pojawił się przy ich stole uratowany niedawno Dargram:
- Przepraszam, że za Wami podążałem ale chciałem podziękować Wam w godny sposób. Na początek czy uczynicie mi zaszczyt i zostaniecie moimi gośćmi przy tej wieczerzy? Chciałbym zapłacić za ten posiłek a potem zaprowadzę Was w bezpieczne miejsce – ratując mnie naraziliście się tyranii …

Po obfitym posiłku, pokrzepieniu również na duszy przyjazną duszą i kwartą piwa towarzysze w całkiem dobrym nastroju. Ale już na progu zrzedły im miny gdyż natknęli się na patrol dwóch strażników, którzy zainteresowali się nimi:
- Kim jesteście!? Dokąd zmierzacie!

Po raz pierwszy od początku wspólnych przygód przyjaciele nie rzucili się od razu na zadających niewygodne pytania ciekawskich i już po chwili okazało się słusznie gdyż w jednym ze strażników Dargram rozpoznał swojego dalekiego kuzyna, który udzielił im obszernych informacji. Okazało się że zamieszki to nie tylko miejscowy ewenement, ale bunt poniósł się we wszystkich miastach Królestwa Reichengardu, a przyczyną wszystkiego był ponoć zamach na szefa tajnej policji Darloga …

Słysząc te słowa Karas, Gimli i Victor spojrzeli po sobie z niedowierzaniem – czyżby to ich dzieło ta cała rewolucja?! Tylko Krazug nie do końca wiedział o co chodzi, choć zaczynało do niego docierać, że trafił w szemrane towarzystwo. Ale nie wyglądał na zbytnio tym zmartwionego … Właściwie to nawet wydawał się zadowolony z tego, że znalazł się w samym środku wojny domowej, a jego bezpośrednie otoczenie stanowili bezpośrednią przyczynę całej sytuacji.

Wracając jednak do rzeczywistości – Dargram powiódł towarzyszy do swego domu gdzie mogli wreszcie spokojnie i bezpiecznie porozmawiać. Gdy towarzysze wspomnieli mu o straconej okazji na wyjazd z miasta z karawaną gospodarz uśmiechnął się i powiedział:
- Kupiec Grendal to dobry człowiek, ale jego apolityczne podejście jest w mieście znane – wygląda jakby się bał polityki i unikał jej jak ognia … Co innego Igor – to mój przyjaciel i … no mogę Wam powiedzieć … mój towarzysz w naszej sprawie … Nie wszystko jest stracone …
- Ale wyrzucił nas z domu! I raczej nie zechce nas w swej karawanie …
- Tylko że następną wyprawę ma prowadzić Igor … A jemu nie będzie przeszkadzało czterech towarzyszy w wyprawie kupieckiej – zwłaszcza takich chwatów jak Wy … A o wydarzenia i znajomość ze mną pytał też nie będzie …
- To czy możemy się z nim spotkać …
- Tak się składa, że i tak ma tu zaraz być … mieliśmy mieć nara… porozmawiać mieliśmy o sytuacji w mieście …

I tak się stało – Igor zgodził się na propozycję, obiecał zabrać dodatkowe wierzchowce dla przyjaciół ale ostrzegł ich, że na granicy można oczekiwać zwiększonej czujności celników, strażników a i tajniacy z pewnością będą węszyć … Zaproponował więc spotkanie w opuszczonej oazie na pustyni – na tyle daleko by była poza zainteresowaniem władz i na tyle blisko by dotarcie tam nie stanowiło większego wyzwania.

Następnego dnia Dargram wyprowadził przyjaciół poza miasto, wskazał gdzie jest osada, pożegnał przyjaciół i skierował się z powrotem do miasta. Drużyna ruszyła w kierunku trzech opuszczonych domostw i gdy stanęła między nimi nagle ze wszystkich stron otoczyła ich grupa zbirów – mordy zakazane, wygląd godny pożałowania, kiepsko uzbrojeni – ale jednak było ich dziesięciu i wyglądali na zdesperowanych.
- Dawać pieniądze! Już! – wykrzyknął jeden z nich, najwyraźniej przywódca …
- Dogadajmy się … zaczął jeden z towarzyszy …
- Rzućcie broń! Jesteście otoczeni …

Perspektywa pozbycia się broni raczej nie spodobała się naszym bohaterom i jedynym który broń rzucił był Victor – rzucił bowiem granat zapalający w kierunku napastników. Tym razem jednak rzucił tak pechowo że, ten wybuchł bliżej niego niż przeciwników i właśnie jego ogłuszył wybuchem … Znacznie lepiej poszło Karasowi, który pociągął smoczym ogniem ze swego magicznego kostura – dwóch napastników padło ogłuszonych, trzeci zginął od razu. Gimli błyskawicznie wyciągnął łuk i zabił jednego napastnika, a Krazug toporem rozpłatał kolejnych dwóch. Czterech pozostałych rzuciło się ucieczki lecz wkrótce i oni leżeli martwi gdy dosięgły ich strzały łucznika i błyskawica Karasa. Gdy Victor otrząsnął się po wszystkim i rozejrzał się wokoło stwierdził krótko:
- Aleście nawyrabiali … Istotnie – osiem ciał i dwóch ostatnich ledwo przytomnych napastników w kilkanaście sekund w trakcie, których pozostawał nieświadomy po sowim samookaleczniu granatem robiło wrażenie … Ale że Victor był jeszcze nieco wkurzony wyżył się nieco na jeńcach rozdzielając im kilka kopniaków i na dłużej pozbawiając ich świadomości …
- No teraz to ich może przesłuchasz … zadrwił Gimli …
- No… może faktycznie przesadziłem … zasępił się Victor …

Przyjaciele przeszukali domostwa – Gimli znalazł trochę złota i księgę – rodzaj pamiętnika o podróży przez pustynię, którą właśnie mieli pokonać, a Krazug również złoto i bogato zdobiony miecz – jakże nie pasujący do zbirów, których właśnie pokonali. Zanim zdołali zastanowić się gdzie bieleją kości uprzedniego właściciela tego miecza zza najbliższej wydmy wyłoniła się karawana na czele której jechał Igor. Gdy zobaczył pobojowisko zapytał z przerażeniem w oczach:
- Co tu się stało? Kim oni są?
- Nie wiemy czekali tu na nas i napadli!
- Nigdy dotąd bandyci nie zapędzali się tak daleko – zazwyczaj dopiero za Wzgórzami Harrida można się było spodziewać bandytów … Nie byliśmy na to gotowi – wyrżnęliby nas gdyby nie Wy … uratowaliście nam życie …

Wkrótce Drużyna ruszyła razem z karawaną. Po kilku dniach podróży dotarli od oazy gdzie spotkali się z karawaną kierującą się w przeciwną stronę. Igor i drużyna przysiedli się do ogniska nieznajomych przy którym podzielili się z nieznajomymi informacjami o rozruchach w Królestwie Reichengardu. Przybysze podziękowali drużynie bukłakiem przedniego wina i rozmowa toczyła się do późna … O wszystkim i o niczym – jak to bywa przy takich długich, podlanych procentami rozmowach. W rozmowie niezbyt udzielał się Gimli, który jak to krasnolud średnio był towarzyski. Ale w pewnym momencie nawet jemu oczy rozbłysły i się ożywił, gdy przybysze opisywali nowe miasto Alfland, które założyli jego pobratymcy na wybrzeżu, na północ od Piekielnych Gór. Ponoć było to miejsce przypominające stare grody krasnoludzkie – widać było tęsknotę ukrytą w gębi oczu krasnoluda…

Gdy w błogich nastrojach, nieco chwiejnym krokiem, wracali do swego obozowiska Igor nieco zmienił ich nastrój ni to stwierdzając, ni to pytając:
- Bardzo dużo wiecie o wydarzeniach w Reichengardzie … Skąd wiedzieliście że Darlog był poparzony? Że zamach był w karczmie? Tego nie wiedział nikt we Floddsam …

Przyjaciele spojrzeli po sobie i po chwili przedstawili prawdziwą wersję wydarzeń Igorowi, na co wpływ miało wypite wino i fakt, że uznali go już za przyjaciela … Dotyczyło to również Krazuga, który jakby się wszystkiego domyślał ale dopiero teraz dowiedział się wszystkiego na pewno. Na takie dictum Igor zaczął nazywać ich bohaterami i namawiać do powrotu do Floddsam i objecia przywództwa wywołanej rebelii … Ale przyjaciele byli nieugięci …
- Chłopie! Myśmy tę całą rewolucję przez cholerny przypadek wywołali. Gdyby się Karas w błoto nie wykopyrtnął z tymi papierami dzisiaj pewnie byłby cholerny spokój … A tak rewolucja w rzyć kopana jest …

Trochę to jakże prawdziwe zdanie Igora uwielbienie do drużyny zmniejszyło, ale chyba nawet lepiej czuli się będąc dla niego przyjaciółmi i ludźmi z krwii i kości niż ikonami rewolucji …

Następnego dnia, mimo kaca tysiąclecia, karawana ruszyła dalej … Kilka dni podróżowali bez większych przeszkód (poza Słońcem, upałem, piaskiem i Słońcem …) aż wreszcie na horyzoncie pojawił się ciemny cień – Igor zawołał do przyjaciół przygotujcie się – zaraz będzie burza piaskowa – zwiążcie się razem linami i przywiążcie do wielbłądów… Gwałtowne uderzenie piasku zwaliło wszystkich z nóg ale przygotowaniu zdołali się okryć i przeczekać … po kilkudziesięciu minutach szalejącego żywiołu wszystko ucichło równie nagle jak się zaczęło.

Cała karawana pozbierała się w miarę sprawnie i już mieli ruszać w dalszą drogę, gdy uwagę Karasa zwróciły kształty które pojawiły się opodal miejsca postoju po przejściu burzy piaskowej – otóż spod piasku wystawał najwyraźniej … dach jakiegoś starego domostwa … Na środku pustyni! Gimli zawołał:
- Zaraz, zaraz – w tej księdze znalezionej w oazie była legenda … o kuźni krasnoludzkiej na pustyni – ponoć w niej wykuwano miecze zdobione kwarcem … miały magiczną moc chroniącą przed klątwami i niektórymi zaklęciami …
- No to na co czekamy? Wchodzimy – rozochocił się Karas, zwolennik wiedzy wszelkiej maści …

Tak też uczynili i już po chwili przebili się przez dach do środka pomieszczenia, gdzie znaleźli metalowy uchwyt w podłodze – jak się okazało był to uchwyt klapy pod którą znajdował się pionowy szyb, którym już wkrótce Gimli, Victor i Karas zeszli na dół. Tam znalazły się dwa tunele – w jeden skręcił drakonid, w drugi pozostała dwójka. Już po chwili Karas znalazł się w większym pomieszczeniu gdzie na ścianach wisiały setki mieczy, toporów, halabard – wszystkie zdobione kryształami kwarcu. Na środku sali był warsztat, a na nim kilka najpiękniejszych sztuk broni oraz jakieś księgi. Drakonid zawołał przyjaciół i gdy Ci weszli do sali zapalił dodatkowe pochodnie – zrobiło się jasno i przyjaciele mogli jeszcze lepiej docenić kunszt dawnych mistrzów krasnoludzkich …

Gimli z namaszczeniem wziął do ręki jedną z ksiąg i zaczął coś pod nosem mamrotać najwyraźniej próbując odczytać starokrasnoludzki tekst … Gdy na chwilę zamilkł najwyraźniej kończąc jakiś fragment z księgi wystrzelił jasny płomień i sala zaczęła się trząść w posadach …

- W nogi! - ryknął Gimli i jako pierwszy wygalopował do tunelu, chwytając jedynie w jedną rękę topór, w drugą miecz … Zaraz za nim pognali Karas z kilkoma księgami i mieczem i Victor, który również nie omieszkał zaopatrzyć się w pięknie zdobiony miecz. Przyjaciele w ostatniej chwili wyciągnięci zostali z szybu przez Krazuga, który całą trójkę wyciągnął jednym zrywem – mimo jego potężnej postury żaden z nich nie spodziewał się po nim takiej siły – trzech chłopa na linie wyciągnąć … Z wdzięczności za uratowanie życia Gimli oddał jeden ze swoich łupów – topór, który jakże pasował do postury wielkiego orka …  


Przygoda 2 - Sesja 1 Ucieczka z Reichengardu

Zaczynamy nową przygodę z RPG-ami. Wykorzystamy przygotowany już przez Janka świat, a więc mapa pozostaje aktualna, może trochę ją będziemy uzupełniać i zmieniać w miarę potrzeby. Zmienią się bohaterowie bo tym razem ja będę Mistrzem Gry, a Janek jednym z uczestników.

Sesja 1 - Ucieczka z Reichengardu

W zatłoczonej podrzędnej karczmie w Reichengardzie panował rozgardiasz, hałas i normalne w takim miejscu zamieszanie. Jako że miejsc wolnych nie było każdy siadał gdzie było akurat wolne miejsce. Przy jednym z mniejszych stolików na uboczu przysiadło trzech spoglądających na siebie spode łba gości: krasnolud o typowej dla tej rasy urodzie i może nieco bardziej bujnej brodzi i wąsiskach, człowiek średniego wzrostu z długimi czarnymi włosami, hiszpańską bródką i ogorzałą od wiatru twarzą oraz olbrzymiego wzrostu drakonid o pylistej cerze, łuskowatym ciele i kolczaste brodzie. Atmosfera nad stolikiem unosiła się cokolwiek gęsta gdy nagle z hukiem na jego środku wylądowała sakiewka, a obok wyrósł jak spod ziemi najwyraźniej nieznany biesiadującym człowiek.
Zupełnie przeciętny, bez żadnych szczególnych znaków, w dobrze skrojonym, czystym (co w tych czasach oczywistym nie było) acz niewyrafinowanym stroju. Choć nie wyróżniał się z tłumu, w czym pomagał nasunięty głęboko kaptur, coś w jego postaci było coś takiego, że trzy pary oczu patrzyły na niego z uwagą … Oczywiście sakiewka na stole, która chwilę wcześniej zabrzęczała również miała wpływ na zdobycie ich uwagi …

Gdy minęło pierwsze zaskoczenie, a cała czwórka przystąpiła do rozmowy – okazało się, że człowiek w kapturze ma dla trójki ofertę – zaproponował po 4 sztuki złota dla każdego za dostarczenie przesyłki z przedmieścia. Taka kwota za mały spacerek wydawała się absurdalna, ale skoro znalazł się frajer zamierzający za to płacić nieznajomi nie omieszkali się wzbogacić … Nawet udało im się wynegocjować od Darloga (bo tak przedstawił się przybysz) po sztuce złota zaliczki …

Cała trójka wyruszyła więc niezwłocznie po drodze poznając się nieco bliżej – człowiek przedstawił się jako Victor, krasnolud jako Gimli, a drakonid zwał się Karasem.

Trójka już teraz znajomych szybkim krokiem przemierzała opustoszałe, mokre od deszczu i szare od zapadających ciemności ulice i wkrótce znalazła się przed zaniedbanym obejściem z czerwonej cegły. Zniszczone drewniane okiennice, bałagan na ganku, dziurawe rynny nie zachęcały do wizyty. Ale obiecane złoto brzmiało wystarczająco zachęcająco, by zapukać …

W drzwiach stanął drakonid ale gdy tylko zapukał do drzwi, te uchyliły się i dwie pary silnych rąk wciągnęły olbrzyma do środka. W stronę jego głowy poleciała pałka jednego z atakujących, ale zręcznym ruchem Karas uniknął ciosu. Sam próbował zadać cios, ale wytrącony jeszcze z równowagi chybił i już szykował się do otrzymania kolejnego ciosu gdy do pomieszczenia wpadli pozostali towarzysze – bełt kuszy Victora utkwił w piersi jednego z napastników, a strzała łuku Gimliego o włos minęła głowę drugiego. Ten nie czekając na rozwój wypadków rzucił się do ucieczki kierując się w głąb domu …

Już po chwili jednak wił się przerażony obalony przez krasnoluda i człowieka, niemal płacząc błagał o życie … Towarzysze zaczęli przesłuchanie, z którego błyskawicznie wynikło, że krótka walka przed chwilą to zwykły brak komunikacji i nadmiar gorliwości strażników miejskich, którymi okazali się „gospodarze” domu. Teraz jedne leżał sztywny a drugi przerażony. Strach jego jednak zmniejszył się już ze stanu „panika” do „przerażenie”, a gdy w rozmowie trójki towarzyszy padło wspomnienie o odbiorze paczki dla Darloga niemal zupełnie się uspokoił, to znaczy przestał się trząść jak galareta i zaczął składnie mówić:
- Mam dla Was paczkę, czekaliśmy na kogoś od niego ale Wy nie wyglądacie … jak od niego …
- Kim jesteście … hmm … jesteś?
- Ja? Jestem sługą Darloga jak wielu …
- A ten Darlog to kto?

Widok rozmówcy był zaiste uosobieniem bezmiaru niezrozumienia …
- Przychodzicie od Darloga po paczkę dla niego i nie wiecie kim jest?
- Nie wiemy, a jak się zaraz nie dowiemy to Ty zaraz się z kolei dowiesz, jak smakuje sztylet na zimno … !
- Już wszystko mówię! Darlog to szef tajnej policji Reichengardu…
- Cholera! Tośmy się wpakowali – zabić agenta tajnej policji pierwszego dnia znajomości – jęknął drakonid …
- Eeeee… On raczej nie jest z tych co płacze za swoimi ludźmi … A ten tutaj i tak raczej tępy był – przez niego cała ta draka. Mówiłem mu żeby Cię wpuścić i wypytać a ten rzucił się od razu do bójki … Zresztą perspektywa oszczędzenia kilku denarów żołdu też nie jest bez znaczenia dla tego skąpca …
- Dobra dawaj tę paczkę i spadamy! - rzucił któryś z towarzyszy. Mieli wątpliwości czy nie lepiej byłoby tego strażnika uciszyć na zawsze ale szczera gęba strażnika i coś jeszcze podpowiadało im żeby go oszczędzić. Towarzysze odebrali więc paczkę i ruszyli do karczmy. Po drodze jednak Karas i Victor nie wytrzymali postanowili otworzyć paczkę w jakimś zaułku po drodze. Pomimo protestów Gimliego drakonid otworzył paczkę. W dodatku potykając się przy tym upuścił zawartość, którą były jakieś pergaminy i papiery, prosto w błoto.
- O żesz k… ! Wy kretyni – teraz tośmy się wpakowali …
- Może nie zauważy, drapiąc się w kościaną brodę – rozważał Karas …
- No chyba Cię pogięło! Szef tajnej policji nie zauważy, że jego papiery są ufajdolone błotem jak buty stajennego … ?!
- No …
- A co to za papiery? Chyba nie wysyłałby obcych po jakieś super tajemnice?

Okazało się, że papiery to tylko jakieś rachunki, listy przewozowe – zwykła handlowa korespondencja. Towarzysze uradzili więc, że mimo wszystko oddadzą przesyłkę w ręce Darloga … 

Wkrótce więc stanęli przed nim i przestępując z nogi na nogę położyli przed nim papiery.
- Coście z tym zrobili! Otworzyliście?! Moją przesyłkę!? Straaaż!!!!

Z tymi słowami prysnęła nadzieja na spokój a w stronę całej grupy rzucili się strażnicy, którzy pojawili się znikąd … Nie tracąc zmysłów Victor wyszarpnął z sakwy granat zapalający i rzucił w napastników – czterech z nich zajęło się ogniem, pozostali oślepieni stanęli jak wryci. Jednocześnie Karas strzelił Darlogowi zmoczym ogniem prosto w twarz – ten złapał się za poparzoną twarz i wrzeszczał wniebogłosy. Trójka naszych bohaterów w mgnieniu oka znalazła się za drzwiami i po chwili cwałowali główną ulicą oddalając się od karczmy, która jarała się już po sam dach, a wewnątrz słychać było kolejne wybuchy – widać, że karczmarz miał spore zapasy łatwopalnego bimbru … całkiem mocnego sądząc po odgłosach i wysokości płomieni …

Towarzysze zwolnili do galopu przy bramie miejskiej i mijając gapiących się na pożar żołnierzy przy bramie niemal normalnym krokiem opuścili miasto. Za to zaraz za murami ruszyli znów pełnym pędem i zwolnili dopiero chroniąc się w lesie przy gościńcu … Kiedy klapnęli zmachani na trawę w oddali ujrzeli, że brama się otwiera a z miasta w pełnym galopie wyjeżdża oddział żołnierzy … raczej nie na przejażdżkę poobiednią …

Na szczęście zmierzchało już i ukryci w zaroślach uciekinierzy pozostali niezauważeni. Gdy pościg ich minął ruszyli w głąb lasu. Drużyna jednogłośnie postanowiła oddalić się od gościńca na bezpieczną odległość. Dopiero drugiego dnia pod wieczór zmordowania towarzysze uznali, że czas poszukać schronienia. Dwudniowy marszobieg przez las, w deszczu i ze świadomością możliwego pościgu, dał im się mocno we znaki więc gdy pod wieczór stanęli na polanie nad rzeką, gdzie znajdowało się opuszczone domostwo nie mieli wątpliwości, że czas odpocząć. Śmiertelnie zmęczeni sprawdzili tylko, że w okolicy nikogo nie ma, ustalili kolejności wart i położyli się na spoczynek, a właściwie padli jak kłody na posłania.

Reszta nocy minęła spokojnie, a rano towarzysze zasiedli do narady. Ich sytuacja była nie do pozazdroszczenia – zważywszy, że zaczęło się od upuszczenia w błoto jakiejś cholernej korespondencji handlowej to w zasadzie mieli przechlapane … Mogli bowiem wrócić do Reichengardu (co w zasadzie było równoważne założeniu sobie na szyję pętli stryczka), ruszyć przez pustynię na północ (bez koni, odpowiedniego ekwipunku było to równie kuszące jak poprzednia opcja), ukryć się w pobliskich górach (to również wobec zbliżającej się zimy także mało zachęcające) oraz po cichu przedostać się do pobliskiego miasta Flooddsam i stamtąd ruszyć dalej. Trójka uznała ostatnią opcję za najmniej szaleńczą…

Flooddsam było miejscowością gdzie krzyżowały się szlaki kupieckie. Przeprawa przez rzekę (stanowiącą samą w sobie szlak kupiecki ze wschodu na zachód), jedyna w okolicy, oraz biegnąca tędy droga z Raichengardu na północ przez pustynię czyniły z tego miasta centrum kupieckie. Z jednej strony było tu dużo strażników, celników, tajniaków ale też i tłumy kupców i podróżnych dawały pewną szansę na anonimowość.

Drużyna przeprawiła się przez rzekę na skleconej przez Victora tratwie i ruszyła wzdłuż rzeki do swego celu. Drugiego dnia, ukryci w zaroślach na granicy miasta, czekali na dobra okazję by po cichu do niego się dostać. Tak się stało gdy w pewnym momencie zauważył ich jakiś bawiący się nad rzeką dzieciak i przestraszony rzucił się do miasta. Zanim Gimli zdąży zrealizować swój pomysł rozwiązania problemu przy pomocy łuku i strzały, pojawiła się matka chłopca, a Karas zdołał w jakiś sposób podejść do obojga nie wzbudzając strachu. Zagadnął kobietę i już wkrótce wszyscy zasiedli do wieczerzy w jej domu, w którym jak się okazało wynajmowała pokoje dla podróżnych. W czasie wieczerzy pojawił się także sąsiad – przyjaciel i wspólnik męża gospodyni. Obaj byli kupcami, a któż jest lepiej poinformowany niż kupcy …

Towarzysze nie dość, że dowiedzieli się że choć po wydarzeniach sprzed kilku dni w stolicy jakieś zamieszanie w mieście się pojawiło, a wraz z nim dodatkowe patrole straży miejskiej, to jednak zyskali też pewność, że tymczasem nie pojawiły się jeszcze listy gończe z ich podobiznami … Dochodziło co prawda słuchy o dziwnych zdarzeniach ale nikt nie wiedział co się dzieje … nawet kupcy, a Ci przecież zawsze mieli informacje z pierwszej ręki …


Co więcej uradzili z kupcem, że wyruszą wraz z jego następną karawaną na północ przez pustynię … Po sutej wieczerzy, pokrzepieni też w miarę pozytywnymi wieściami (w tej sytuacji brak złych wiadomości to już sukces) towarzysze spoczęli na wygodnych posłaniach …