Przy śniadaniu następnego dnia drużyna poznała swego
gospodarza – kupca Grendala, o którym opowiadali poprzedniego dnia ich
gospodyni oraz drugi z kupców Igor – z którymi wieczerzali poprzedniego dnia.
Przy śniadaniu Grendal opowiedział najnowsze wieści z miasta – jak się okazało
w miasteczku zaczęły się jakieś rozruchy – ludzie demonstrowali, zewsząd
słychać były okrzyki przeciw władcy, strażnicy miejscy i agenci policji
obrzucani byli kamieniami i mniej świeżymi warzywami …
Pomimo tych wieści Grendal był szczęśliwy wracając do domu i
jeszcze bardziej gdy dowiedział się o propozycji drużyny i Igora w kwestii ich
udziału w następnej karawanie do Lieberpestii. Tym bardziej że przyprowadził ze
sobą towarzysza wyprawy – orka Krazuga, który przyłączył się do jego karawany w
Lieberpestii i zdaje się, że szukał przygód.
Olbrzymi ork szybko znalazł wspólny język z towarzyszami,
zwłaszcza z Karasem, z którym łączyło go choćby gorące uczucie do elfów – biegunowo
odmienne od miłości zresztą. Rozmowa toczyła się w miłej atmosferze do momentu,
kiedy któremuś z towarzyszy wymknęło się o kilka słów za dużo o ich udziale w
zadymie w Reichengardzie. Wtedy nagle Grendal z rozmachem wstał, aż krzesło
trzasnęło o ścianę i bez uprzedzenia wrzasnął:
- Won! Wynocha z mojego domu! Nie chcę tu żadnej polityki! A
do karawany nawet się nie zbliżajcie … Jeszcze mi życie moje i mojej rodziny
miłe!
Przyjaciele nieco zdziwieni sytuacją i emocjami gospodarza
opuścili niegościnny już dom dziękując jeszcze tylko na odchodnym gospodyni i
Igorowi. Ten ostatni jakby chciał coś jeszcze im powiedzieć ale gdy tylko
zerknął na rozgniewanego wspólnika powstrzymał się i uciekając wzrokiem tylko
ich szybko pożegnał. Nawet niezbyt zdziwili się gdy na zewnątrz razem z nimi
znalazł się Krazug – wyglądało na to że niejako automatycznie stał się
członkiem drużyny
Towarzysze nieco zrezygnowani powędrowali do handlarza by
zakupić ekwipunek na drogę przez pustynię – bukłaki na wodę, prowiant i
podobne. Kiedy objuczeni zakupami wędrowali przez miasteczko szukając miejsca
na nocleg zauważyli tłum ludzi idący główną ulicą. Ludzie wykrzykiwali niezbyt
miłe dla władzy epitety, z których „Śmierć Tyranowi!” należały do
najłagodniejszych. Drużyna widziała też strażników miejskich i agentów ukrytych
w bocznych uliczkach. Mimo to nie wiedzieć czemu włączyli się w tłum jakby
szukali nowych wrażeń. Chwilę po tym gdy znaleźli się w tłumie na końcu
zbiegowiska ze wszystkich stron naraz wyskoczyli strażnicy i tajniacy. Od tyłu
główną drogą galopował oddział zbrojnych
wyglądających na tyle groźnie, że drużyna rzuciła się do ucieczki wyważając
drzwi w najbliższym domostwie – kiedy czwórka towarzyszy galopowała przez środek
głównej izby jakiejś rodziny, Gimli w odruchu serca, widząc przerażone twarze
dzieciaków kulące się pod ścianą rzucił im sztukę złota za otwarte z futryną
drzwi.
Drużyna wybiegła na tyły budynku i zaczęła przekradać się opłotkami gdy
nagle w jednym z zaułków zobaczyła dwóch strażników miejskich okładających jakiegoś
człowieka. Zanim rozpoznali w nim przywódcę całej tej deomnstracji, Gimli i Krazug,
rzucili się na strażników, i wkrótce obaj przedstawiciele władzy leżeli jak
kłody, a ocalony mężczyzna dziękował im ze łzami w oczach.
- Jestem Dargram, Dziękuję Wam z całego serca – życie Wam
zawdzięczam …
- Dobra, to ocalmy Twoje i nasze życie i spiep… stąd … -
przerwał mu Karas najprzytomniejszy z całej grupy …
Zanim Dargram zdążył cokolwiek zrobił Drużyna pognała przez
boczne ulice miasteczka. Gdy się nieco uspokoili i stwierdzili, że pętanie się
po ulicach nie należy w obecnej sytuacji do najmądrzejszych zajęć uznali za
dopuszczalne ryzyko zatrzymanie się w karczmie na obrzeżach miasta. Kiedy
zasiedli za stołem i zamówili strawę przy ich stole pojawił się przy ich stole
uratowany niedawno Dargram:
- Przepraszam, że za Wami podążałem ale chciałem podziękować
Wam w godny sposób. Na początek czy uczynicie mi zaszczyt i zostaniecie moimi
gośćmi przy tej wieczerzy? Chciałbym zapłacić za ten posiłek a potem zaprowadzę
Was w bezpieczne miejsce – ratując mnie naraziliście się tyranii …
Po obfitym posiłku, pokrzepieniu również na duszy przyjazną
duszą i kwartą piwa towarzysze w całkiem dobrym nastroju. Ale już na progu
zrzedły im miny gdyż natknęli się na patrol dwóch strażników, którzy
zainteresowali się nimi:
- Kim jesteście!? Dokąd zmierzacie!
Po raz pierwszy od początku wspólnych przygód przyjaciele
nie rzucili się od razu na zadających niewygodne pytania ciekawskich i już po
chwili okazało się słusznie gdyż w jednym ze strażników Dargram rozpoznał
swojego dalekiego kuzyna, który udzielił im obszernych informacji. Okazało się
że zamieszki to nie tylko miejscowy ewenement, ale bunt poniósł się we
wszystkich miastach Królestwa Reichengardu, a przyczyną wszystkiego był ponoć
zamach na szefa tajnej policji Darloga …
Słysząc te słowa Karas, Gimli i Victor spojrzeli po sobie z
niedowierzaniem – czyżby to ich dzieło ta cała rewolucja?! Tylko Krazug nie do
końca wiedział o co chodzi, choć zaczynało do niego docierać, że trafił w
szemrane towarzystwo. Ale nie wyglądał na zbytnio tym zmartwionego … Właściwie
to nawet wydawał się zadowolony z tego, że znalazł się w samym środku wojny
domowej, a jego bezpośrednie otoczenie stanowili bezpośrednią przyczynę całej
sytuacji.
Wracając jednak do rzeczywistości – Dargram powiódł
towarzyszy do swego domu gdzie mogli wreszcie spokojnie i bezpiecznie
porozmawiać. Gdy towarzysze wspomnieli mu o straconej okazji na wyjazd z miasta
z karawaną gospodarz uśmiechnął się i powiedział:
- Kupiec Grendal to dobry człowiek, ale jego apolityczne
podejście jest w mieście znane – wygląda jakby się bał polityki i unikał jej
jak ognia … Co innego Igor – to mój przyjaciel i … no mogę Wam powiedzieć … mój
towarzysz w naszej sprawie … Nie wszystko jest stracone …
- Ale wyrzucił nas z domu! I raczej nie zechce nas w swej
karawanie …
- Tylko że następną wyprawę ma prowadzić Igor … A jemu nie
będzie przeszkadzało czterech towarzyszy w wyprawie kupieckiej – zwłaszcza takich
chwatów jak Wy … A o wydarzenia i znajomość ze mną pytał też nie będzie …
- To czy możemy się z nim spotkać …
- Tak się składa, że i tak ma tu zaraz być … mieliśmy mieć
nara… porozmawiać mieliśmy o sytuacji w mieście …
I tak się stało – Igor zgodził się na propozycję, obiecał
zabrać dodatkowe wierzchowce dla przyjaciół ale ostrzegł ich, że na granicy
można oczekiwać zwiększonej czujności celników, strażników a i tajniacy z
pewnością będą węszyć … Zaproponował więc spotkanie w opuszczonej oazie na
pustyni – na tyle daleko by była poza zainteresowaniem władz i na tyle blisko
by dotarcie tam nie stanowiło większego wyzwania.
Następnego dnia Dargram wyprowadził przyjaciół poza miasto,
wskazał gdzie jest osada, pożegnał przyjaciół i skierował się z powrotem do
miasta. Drużyna ruszyła w kierunku trzech opuszczonych domostw i gdy stanęła
między nimi nagle ze wszystkich stron otoczyła ich grupa zbirów – mordy
zakazane, wygląd godny pożałowania, kiepsko uzbrojeni – ale jednak było ich
dziesięciu i wyglądali na zdesperowanych.
- Dawać pieniądze! Już! – wykrzyknął jeden z nich,
najwyraźniej przywódca …
- Dogadajmy się … zaczął jeden z towarzyszy …
- Rzućcie broń! Jesteście otoczeni …
Perspektywa pozbycia się broni raczej nie spodobała się naszym
bohaterom i jedynym który broń rzucił był Victor – rzucił bowiem granat zapalający
w kierunku napastników. Tym razem jednak rzucił tak pechowo że, ten wybuchł
bliżej niego niż przeciwników i właśnie jego ogłuszył wybuchem … Znacznie
lepiej poszło Karasowi, który pociągął smoczym ogniem ze swego magicznego kostura
– dwóch napastników padło ogłuszonych, trzeci zginął od razu. Gimli błyskawicznie wyciągnął łuk i zabił jednego napastnika, a Krazug toporem rozpłatał kolejnych dwóch. Czterech pozostałych rzuciło się ucieczki lecz
wkrótce i oni leżeli martwi gdy dosięgły ich strzały łucznika i błyskawica Karasa. Gdy Victor
otrząsnął się po wszystkim i rozejrzał się wokoło stwierdził krótko:
- Aleście nawyrabiali … Istotnie – osiem ciał i dwóch ostatnich
ledwo przytomnych napastników w kilkanaście sekund w trakcie, których
pozostawał nieświadomy po sowim samookaleczniu granatem robiło wrażenie … Ale
że Victor był jeszcze nieco wkurzony wyżył się nieco na jeńcach rozdzielając im
kilka kopniaków i na dłużej pozbawiając ich świadomości …
- No teraz to ich może przesłuchasz … zadrwił Gimli …
- No… może faktycznie przesadziłem … zasępił się Victor …
Przyjaciele przeszukali domostwa – Gimli znalazł trochę
złota i księgę – rodzaj pamiętnika o podróży przez pustynię, którą właśnie
mieli pokonać, a Krazug również złoto i bogato zdobiony miecz – jakże nie
pasujący do zbirów, których właśnie pokonali. Zanim zdołali zastanowić się
gdzie bieleją kości uprzedniego właściciela tego miecza zza najbliższej wydmy
wyłoniła się karawana na czele której jechał Igor. Gdy zobaczył pobojowisko
zapytał z przerażeniem w oczach:
- Co tu się stało? Kim oni są?
- Nie wiemy czekali tu na nas i napadli!
- Nigdy dotąd bandyci nie zapędzali się tak daleko –
zazwyczaj dopiero za Wzgórzami Harrida można się było spodziewać bandytów … Nie
byliśmy na to gotowi – wyrżnęliby nas gdyby nie Wy … uratowaliście nam życie …
Wkrótce Drużyna ruszyła razem z karawaną. Po kilku dniach
podróży dotarli od oazy gdzie spotkali się z karawaną kierującą się w przeciwną
stronę. Igor i drużyna przysiedli się do ogniska nieznajomych przy którym
podzielili się z nieznajomymi informacjami o rozruchach w Królestwie
Reichengardu. Przybysze podziękowali drużynie bukłakiem przedniego wina i
rozmowa toczyła się do późna … O wszystkim i o niczym – jak to bywa przy takich
długich, podlanych procentami rozmowach. W rozmowie niezbyt udzielał się Gimli,
który jak to krasnolud średnio był towarzyski. Ale w pewnym momencie nawet jemu
oczy rozbłysły i się ożywił, gdy przybysze opisywali nowe miasto Alfland, które
założyli jego pobratymcy na wybrzeżu, na północ od Piekielnych Gór. Ponoć było
to miejsce przypominające stare grody krasnoludzkie – widać było tęsknotę
ukrytą w gębi oczu krasnoluda…
Gdy w błogich nastrojach, nieco chwiejnym krokiem, wracali
do swego obozowiska Igor nieco zmienił ich nastrój ni to stwierdzając, ni to
pytając:
- Bardzo dużo wiecie o wydarzeniach w Reichengardzie … Skąd
wiedzieliście że Darlog był poparzony? Że zamach był w karczmie? Tego nie
wiedział nikt we Floddsam …
Przyjaciele spojrzeli po sobie i po chwili przedstawili
prawdziwą wersję wydarzeń Igorowi, na co wpływ miało wypite wino i fakt, że
uznali go już za przyjaciela … Dotyczyło to również Krazuga, który jakby się
wszystkiego domyślał ale dopiero teraz dowiedział się wszystkiego na pewno. Na
takie dictum Igor zaczął nazywać ich bohaterami i namawiać do powrotu do Floddsam
i objecia przywództwa wywołanej rebelii … Ale przyjaciele byli nieugięci …
- Chłopie! Myśmy tę całą rewolucję przez cholerny przypadek
wywołali. Gdyby się Karas w błoto nie wykopyrtnął z tymi papierami dzisiaj
pewnie byłby cholerny spokój … A tak rewolucja w rzyć kopana jest …
Trochę to jakże prawdziwe zdanie Igora uwielbienie do
drużyny zmniejszyło, ale chyba nawet lepiej czuli się będąc dla niego
przyjaciółmi i ludźmi z krwii i kości niż ikonami rewolucji …
Następnego dnia, mimo kaca tysiąclecia, karawana ruszyła
dalej … Kilka dni podróżowali bez większych przeszkód (poza Słońcem, upałem,
piaskiem i Słońcem …) aż wreszcie na horyzoncie pojawił się ciemny cień – Igor zawołał
do przyjaciół przygotujcie się – zaraz będzie burza piaskowa – zwiążcie się
razem linami i przywiążcie do wielbłądów… Gwałtowne uderzenie piasku zwaliło
wszystkich z nóg ale przygotowaniu zdołali się okryć i przeczekać … po
kilkudziesięciu minutach szalejącego żywiołu wszystko ucichło równie nagle jak
się zaczęło.
Cała karawana pozbierała się w miarę sprawnie i już mieli
ruszać w dalszą drogę, gdy uwagę Karasa zwróciły kształty które pojawiły się opodal
miejsca postoju po przejściu burzy piaskowej – otóż spod piasku wystawał
najwyraźniej … dach jakiegoś starego domostwa … Na środku pustyni! Gimli
zawołał:
- Zaraz, zaraz – w tej księdze znalezionej w oazie była
legenda … o kuźni krasnoludzkiej na pustyni – ponoć w niej wykuwano miecze
zdobione kwarcem … miały magiczną moc chroniącą przed klątwami i niektórymi
zaklęciami …
- No to na co czekamy? Wchodzimy – rozochocił się Karas,
zwolennik wiedzy wszelkiej maści …
Tak też uczynili i już po chwili przebili się przez dach do
środka pomieszczenia, gdzie znaleźli metalowy uchwyt w podłodze – jak się
okazało był to uchwyt klapy pod którą znajdował się pionowy szyb, którym już
wkrótce Gimli, Victor i Karas zeszli na dół. Tam znalazły się dwa tunele – w jeden
skręcił drakonid, w drugi pozostała dwójka. Już po chwili Karas znalazł się w
większym pomieszczeniu gdzie na ścianach wisiały setki mieczy, toporów,
halabard – wszystkie zdobione kryształami kwarcu. Na środku sali był warsztat,
a na nim kilka najpiękniejszych sztuk broni oraz jakieś księgi. Drakonid
zawołał przyjaciół i gdy Ci weszli do sali zapalił dodatkowe pochodnie –
zrobiło się jasno i przyjaciele mogli jeszcze lepiej docenić kunszt dawnych
mistrzów krasnoludzkich …
Gimli z namaszczeniem wziął do ręki jedną z ksiąg i zaczął
coś pod nosem mamrotać najwyraźniej próbując odczytać starokrasnoludzki tekst …
Gdy na chwilę zamilkł najwyraźniej kończąc jakiś fragment z księgi wystrzelił
jasny płomień i sala zaczęła się trząść w posadach …
- W nogi! - ryknął Gimli i jako pierwszy wygalopował do
tunelu, chwytając jedynie w jedną rękę topór, w drugą miecz … Zaraz za nim
pognali Karas z kilkoma księgami i mieczem i Victor, który również nie
omieszkał zaopatrzyć się w pięknie zdobiony miecz. Przyjaciele w ostatniej
chwili wyciągnięci zostali z szybu przez Krazuga, który całą trójkę wyciągnął
jednym zrywem – mimo jego potężnej postury żaden z nich nie spodziewał się po
nim takiej siły – trzech chłopa na linie wyciągnąć … Z wdzięczności za
uratowanie życia Gimli oddał jeden ze swoich łupów – topór, który jakże pasował
do postury wielkiego orka …