niedziela, 13 listopada 2016

Przygoda 2 - Sesja 1 Ucieczka z Reichengardu

Zaczynamy nową przygodę z RPG-ami. Wykorzystamy przygotowany już przez Janka świat, a więc mapa pozostaje aktualna, może trochę ją będziemy uzupełniać i zmieniać w miarę potrzeby. Zmienią się bohaterowie bo tym razem ja będę Mistrzem Gry, a Janek jednym z uczestników.

Sesja 1 - Ucieczka z Reichengardu

W zatłoczonej podrzędnej karczmie w Reichengardzie panował rozgardiasz, hałas i normalne w takim miejscu zamieszanie. Jako że miejsc wolnych nie było każdy siadał gdzie było akurat wolne miejsce. Przy jednym z mniejszych stolików na uboczu przysiadło trzech spoglądających na siebie spode łba gości: krasnolud o typowej dla tej rasy urodzie i może nieco bardziej bujnej brodzi i wąsiskach, człowiek średniego wzrostu z długimi czarnymi włosami, hiszpańską bródką i ogorzałą od wiatru twarzą oraz olbrzymiego wzrostu drakonid o pylistej cerze, łuskowatym ciele i kolczaste brodzie. Atmosfera nad stolikiem unosiła się cokolwiek gęsta gdy nagle z hukiem na jego środku wylądowała sakiewka, a obok wyrósł jak spod ziemi najwyraźniej nieznany biesiadującym człowiek.
Zupełnie przeciętny, bez żadnych szczególnych znaków, w dobrze skrojonym, czystym (co w tych czasach oczywistym nie było) acz niewyrafinowanym stroju. Choć nie wyróżniał się z tłumu, w czym pomagał nasunięty głęboko kaptur, coś w jego postaci było coś takiego, że trzy pary oczu patrzyły na niego z uwagą … Oczywiście sakiewka na stole, która chwilę wcześniej zabrzęczała również miała wpływ na zdobycie ich uwagi …

Gdy minęło pierwsze zaskoczenie, a cała czwórka przystąpiła do rozmowy – okazało się, że człowiek w kapturze ma dla trójki ofertę – zaproponował po 4 sztuki złota dla każdego za dostarczenie przesyłki z przedmieścia. Taka kwota za mały spacerek wydawała się absurdalna, ale skoro znalazł się frajer zamierzający za to płacić nieznajomi nie omieszkali się wzbogacić … Nawet udało im się wynegocjować od Darloga (bo tak przedstawił się przybysz) po sztuce złota zaliczki …

Cała trójka wyruszyła więc niezwłocznie po drodze poznając się nieco bliżej – człowiek przedstawił się jako Victor, krasnolud jako Gimli, a drakonid zwał się Karasem.

Trójka już teraz znajomych szybkim krokiem przemierzała opustoszałe, mokre od deszczu i szare od zapadających ciemności ulice i wkrótce znalazła się przed zaniedbanym obejściem z czerwonej cegły. Zniszczone drewniane okiennice, bałagan na ganku, dziurawe rynny nie zachęcały do wizyty. Ale obiecane złoto brzmiało wystarczająco zachęcająco, by zapukać …

W drzwiach stanął drakonid ale gdy tylko zapukał do drzwi, te uchyliły się i dwie pary silnych rąk wciągnęły olbrzyma do środka. W stronę jego głowy poleciała pałka jednego z atakujących, ale zręcznym ruchem Karas uniknął ciosu. Sam próbował zadać cios, ale wytrącony jeszcze z równowagi chybił i już szykował się do otrzymania kolejnego ciosu gdy do pomieszczenia wpadli pozostali towarzysze – bełt kuszy Victora utkwił w piersi jednego z napastników, a strzała łuku Gimliego o włos minęła głowę drugiego. Ten nie czekając na rozwój wypadków rzucił się do ucieczki kierując się w głąb domu …

Już po chwili jednak wił się przerażony obalony przez krasnoluda i człowieka, niemal płacząc błagał o życie … Towarzysze zaczęli przesłuchanie, z którego błyskawicznie wynikło, że krótka walka przed chwilą to zwykły brak komunikacji i nadmiar gorliwości strażników miejskich, którymi okazali się „gospodarze” domu. Teraz jedne leżał sztywny a drugi przerażony. Strach jego jednak zmniejszył się już ze stanu „panika” do „przerażenie”, a gdy w rozmowie trójki towarzyszy padło wspomnienie o odbiorze paczki dla Darloga niemal zupełnie się uspokoił, to znaczy przestał się trząść jak galareta i zaczął składnie mówić:
- Mam dla Was paczkę, czekaliśmy na kogoś od niego ale Wy nie wyglądacie … jak od niego …
- Kim jesteście … hmm … jesteś?
- Ja? Jestem sługą Darloga jak wielu …
- A ten Darlog to kto?

Widok rozmówcy był zaiste uosobieniem bezmiaru niezrozumienia …
- Przychodzicie od Darloga po paczkę dla niego i nie wiecie kim jest?
- Nie wiemy, a jak się zaraz nie dowiemy to Ty zaraz się z kolei dowiesz, jak smakuje sztylet na zimno … !
- Już wszystko mówię! Darlog to szef tajnej policji Reichengardu…
- Cholera! Tośmy się wpakowali – zabić agenta tajnej policji pierwszego dnia znajomości – jęknął drakonid …
- Eeeee… On raczej nie jest z tych co płacze za swoimi ludźmi … A ten tutaj i tak raczej tępy był – przez niego cała ta draka. Mówiłem mu żeby Cię wpuścić i wypytać a ten rzucił się od razu do bójki … Zresztą perspektywa oszczędzenia kilku denarów żołdu też nie jest bez znaczenia dla tego skąpca …
- Dobra dawaj tę paczkę i spadamy! - rzucił któryś z towarzyszy. Mieli wątpliwości czy nie lepiej byłoby tego strażnika uciszyć na zawsze ale szczera gęba strażnika i coś jeszcze podpowiadało im żeby go oszczędzić. Towarzysze odebrali więc paczkę i ruszyli do karczmy. Po drodze jednak Karas i Victor nie wytrzymali postanowili otworzyć paczkę w jakimś zaułku po drodze. Pomimo protestów Gimliego drakonid otworzył paczkę. W dodatku potykając się przy tym upuścił zawartość, którą były jakieś pergaminy i papiery, prosto w błoto.
- O żesz k… ! Wy kretyni – teraz tośmy się wpakowali …
- Może nie zauważy, drapiąc się w kościaną brodę – rozważał Karas …
- No chyba Cię pogięło! Szef tajnej policji nie zauważy, że jego papiery są ufajdolone błotem jak buty stajennego … ?!
- No …
- A co to za papiery? Chyba nie wysyłałby obcych po jakieś super tajemnice?

Okazało się, że papiery to tylko jakieś rachunki, listy przewozowe – zwykła handlowa korespondencja. Towarzysze uradzili więc, że mimo wszystko oddadzą przesyłkę w ręce Darloga … 

Wkrótce więc stanęli przed nim i przestępując z nogi na nogę położyli przed nim papiery.
- Coście z tym zrobili! Otworzyliście?! Moją przesyłkę!? Straaaż!!!!

Z tymi słowami prysnęła nadzieja na spokój a w stronę całej grupy rzucili się strażnicy, którzy pojawili się znikąd … Nie tracąc zmysłów Victor wyszarpnął z sakwy granat zapalający i rzucił w napastników – czterech z nich zajęło się ogniem, pozostali oślepieni stanęli jak wryci. Jednocześnie Karas strzelił Darlogowi zmoczym ogniem prosto w twarz – ten złapał się za poparzoną twarz i wrzeszczał wniebogłosy. Trójka naszych bohaterów w mgnieniu oka znalazła się za drzwiami i po chwili cwałowali główną ulicą oddalając się od karczmy, która jarała się już po sam dach, a wewnątrz słychać było kolejne wybuchy – widać, że karczmarz miał spore zapasy łatwopalnego bimbru … całkiem mocnego sądząc po odgłosach i wysokości płomieni …

Towarzysze zwolnili do galopu przy bramie miejskiej i mijając gapiących się na pożar żołnierzy przy bramie niemal normalnym krokiem opuścili miasto. Za to zaraz za murami ruszyli znów pełnym pędem i zwolnili dopiero chroniąc się w lesie przy gościńcu … Kiedy klapnęli zmachani na trawę w oddali ujrzeli, że brama się otwiera a z miasta w pełnym galopie wyjeżdża oddział żołnierzy … raczej nie na przejażdżkę poobiednią …

Na szczęście zmierzchało już i ukryci w zaroślach uciekinierzy pozostali niezauważeni. Gdy pościg ich minął ruszyli w głąb lasu. Drużyna jednogłośnie postanowiła oddalić się od gościńca na bezpieczną odległość. Dopiero drugiego dnia pod wieczór zmordowania towarzysze uznali, że czas poszukać schronienia. Dwudniowy marszobieg przez las, w deszczu i ze świadomością możliwego pościgu, dał im się mocno we znaki więc gdy pod wieczór stanęli na polanie nad rzeką, gdzie znajdowało się opuszczone domostwo nie mieli wątpliwości, że czas odpocząć. Śmiertelnie zmęczeni sprawdzili tylko, że w okolicy nikogo nie ma, ustalili kolejności wart i położyli się na spoczynek, a właściwie padli jak kłody na posłania.

Reszta nocy minęła spokojnie, a rano towarzysze zasiedli do narady. Ich sytuacja była nie do pozazdroszczenia – zważywszy, że zaczęło się od upuszczenia w błoto jakiejś cholernej korespondencji handlowej to w zasadzie mieli przechlapane … Mogli bowiem wrócić do Reichengardu (co w zasadzie było równoważne założeniu sobie na szyję pętli stryczka), ruszyć przez pustynię na północ (bez koni, odpowiedniego ekwipunku było to równie kuszące jak poprzednia opcja), ukryć się w pobliskich górach (to również wobec zbliżającej się zimy także mało zachęcające) oraz po cichu przedostać się do pobliskiego miasta Flooddsam i stamtąd ruszyć dalej. Trójka uznała ostatnią opcję za najmniej szaleńczą…

Flooddsam było miejscowością gdzie krzyżowały się szlaki kupieckie. Przeprawa przez rzekę (stanowiącą samą w sobie szlak kupiecki ze wschodu na zachód), jedyna w okolicy, oraz biegnąca tędy droga z Raichengardu na północ przez pustynię czyniły z tego miasta centrum kupieckie. Z jednej strony było tu dużo strażników, celników, tajniaków ale też i tłumy kupców i podróżnych dawały pewną szansę na anonimowość.

Drużyna przeprawiła się przez rzekę na skleconej przez Victora tratwie i ruszyła wzdłuż rzeki do swego celu. Drugiego dnia, ukryci w zaroślach na granicy miasta, czekali na dobra okazję by po cichu do niego się dostać. Tak się stało gdy w pewnym momencie zauważył ich jakiś bawiący się nad rzeką dzieciak i przestraszony rzucił się do miasta. Zanim Gimli zdąży zrealizować swój pomysł rozwiązania problemu przy pomocy łuku i strzały, pojawiła się matka chłopca, a Karas zdołał w jakiś sposób podejść do obojga nie wzbudzając strachu. Zagadnął kobietę i już wkrótce wszyscy zasiedli do wieczerzy w jej domu, w którym jak się okazało wynajmowała pokoje dla podróżnych. W czasie wieczerzy pojawił się także sąsiad – przyjaciel i wspólnik męża gospodyni. Obaj byli kupcami, a któż jest lepiej poinformowany niż kupcy …

Towarzysze nie dość, że dowiedzieli się że choć po wydarzeniach sprzed kilku dni w stolicy jakieś zamieszanie w mieście się pojawiło, a wraz z nim dodatkowe patrole straży miejskiej, to jednak zyskali też pewność, że tymczasem nie pojawiły się jeszcze listy gończe z ich podobiznami … Dochodziło co prawda słuchy o dziwnych zdarzeniach ale nikt nie wiedział co się dzieje … nawet kupcy, a Ci przecież zawsze mieli informacje z pierwszej ręki …


Co więcej uradzili z kupcem, że wyruszą wraz z jego następną karawaną na północ przez pustynię … Po sutej wieczerzy, pokrzepieni też w miarę pozytywnymi wieściami (w tej sytuacji brak złych wiadomości to już sukces) towarzysze spoczęli na wygodnych posłaniach … 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz