Sesja 1 - Ucieczka z Reichengardu
W zatłoczonej
podrzędnej karczmie w Reichengardzie panował rozgardiasz, hałas i normalne w
takim miejscu zamieszanie. Jako że miejsc wolnych nie było każdy siadał gdzie
było akurat wolne miejsce. Przy jednym z mniejszych stolików na uboczu
przysiadło trzech spoglądających na siebie spode łba gości: krasnolud o typowej
dla tej rasy urodzie i może nieco bardziej bujnej brodzi i wąsiskach, człowiek
średniego wzrostu z długimi czarnymi włosami, hiszpańską bródką i ogorzałą od
wiatru twarzą oraz olbrzymiego wzrostu drakonid o pylistej cerze, łuskowatym
ciele i kolczaste brodzie. Atmosfera nad stolikiem unosiła się cokolwiek gęsta
gdy nagle z hukiem na jego środku wylądowała sakiewka, a obok wyrósł jak spod
ziemi najwyraźniej nieznany biesiadującym człowiek.
Zupełnie
przeciętny, bez żadnych szczególnych znaków, w dobrze skrojonym, czystym (co w
tych czasach oczywistym nie było) acz niewyrafinowanym stroju. Choć nie
wyróżniał się z tłumu, w czym pomagał nasunięty głęboko kaptur, coś w jego
postaci było coś takiego, że trzy pary oczu patrzyły na niego z uwagą …
Oczywiście sakiewka na stole, która chwilę wcześniej zabrzęczała również miała
wpływ na zdobycie ich uwagi …
Gdy minęło
pierwsze zaskoczenie, a cała czwórka przystąpiła do rozmowy – okazało się, że
człowiek w kapturze ma dla trójki ofertę – zaproponował po 4 sztuki złota dla
każdego za dostarczenie przesyłki z przedmieścia. Taka kwota za mały spacerek
wydawała się absurdalna, ale skoro znalazł się frajer zamierzający za to płacić
nieznajomi nie omieszkali się wzbogacić … Nawet udało im się wynegocjować od
Darloga (bo tak przedstawił się przybysz) po sztuce złota zaliczki …
Cała trójka
wyruszyła więc niezwłocznie po drodze poznając się nieco bliżej – człowiek
przedstawił się jako Victor, krasnolud jako Gimli, a drakonid zwał się Karasem.
Trójka już
teraz znajomych szybkim krokiem przemierzała opustoszałe, mokre od deszczu i
szare od zapadających ciemności ulice i wkrótce znalazła się przed zaniedbanym
obejściem z czerwonej cegły. Zniszczone drewniane okiennice, bałagan na ganku,
dziurawe rynny nie zachęcały do wizyty. Ale obiecane złoto brzmiało
wystarczająco zachęcająco, by zapukać …
W drzwiach
stanął drakonid ale gdy tylko zapukał do drzwi, te uchyliły się i dwie pary
silnych rąk wciągnęły olbrzyma do środka. W stronę jego głowy poleciała pałka
jednego z atakujących, ale zręcznym ruchem Karas uniknął ciosu. Sam próbował
zadać cios, ale wytrącony jeszcze z równowagi chybił i już szykował się do
otrzymania kolejnego ciosu gdy do pomieszczenia wpadli pozostali towarzysze –
bełt kuszy Victora utkwił w piersi jednego z napastników, a strzała łuku
Gimliego o włos minęła głowę drugiego. Ten nie czekając na rozwój wypadków
rzucił się do ucieczki kierując się w głąb domu …
Już po chwili
jednak wił się przerażony obalony przez krasnoluda i człowieka, niemal płacząc
błagał o życie … Towarzysze zaczęli przesłuchanie, z którego błyskawicznie
wynikło, że krótka walka przed chwilą to zwykły brak komunikacji i nadmiar
gorliwości strażników miejskich, którymi okazali się „gospodarze” domu. Teraz
jedne leżał sztywny a drugi przerażony. Strach jego jednak zmniejszył się już
ze stanu „panika” do „przerażenie”, a gdy w rozmowie trójki towarzyszy padło
wspomnienie o odbiorze paczki dla Darloga niemal zupełnie się uspokoił, to
znaczy przestał się trząść jak galareta i zaczął składnie mówić:
- Mam dla Was
paczkę, czekaliśmy na kogoś od niego ale Wy nie wyglądacie … jak od niego …
- Kim
jesteście … hmm … jesteś?
- Ja? Jestem
sługą Darloga jak wielu …
- A ten
Darlog to kto?
Widok
rozmówcy był zaiste uosobieniem bezmiaru niezrozumienia …
-
Przychodzicie od Darloga po paczkę dla niego i nie wiecie kim jest?
- Nie wiemy,
a jak się zaraz nie dowiemy to Ty zaraz się z kolei dowiesz, jak smakuje sztylet
na zimno … !
- Już
wszystko mówię! Darlog to szef tajnej policji Reichengardu…
- Cholera!
Tośmy się wpakowali – zabić agenta tajnej policji pierwszego dnia znajomości –
jęknął drakonid …
- Eeeee… On
raczej nie jest z tych co płacze za swoimi ludźmi … A ten tutaj i tak raczej
tępy był – przez niego cała ta draka. Mówiłem mu żeby Cię wpuścić i wypytać a
ten rzucił się od razu do bójki … Zresztą perspektywa oszczędzenia kilku
denarów żołdu też nie jest bez znaczenia dla tego skąpca …
- Dobra dawaj
tę paczkę i spadamy! - rzucił któryś z towarzyszy. Mieli wątpliwości czy nie
lepiej byłoby tego strażnika uciszyć na zawsze ale szczera gęba strażnika i coś
jeszcze podpowiadało im żeby go oszczędzić. Towarzysze odebrali więc paczkę i
ruszyli do karczmy. Po drodze jednak Karas i Victor nie wytrzymali postanowili otworzyć
paczkę w jakimś zaułku po drodze. Pomimo protestów Gimliego drakonid otworzył
paczkę. W dodatku potykając się przy tym upuścił zawartość, którą były jakieś
pergaminy i papiery, prosto w błoto.
- O żesz k… !
Wy kretyni – teraz tośmy się wpakowali …
- Może nie
zauważy, drapiąc się w kościaną brodę – rozważał Karas …
- No chyba
Cię pogięło! Szef tajnej policji nie zauważy, że jego papiery są ufajdolone
błotem jak buty stajennego … ?!
- No …
- A co to za
papiery? Chyba nie wysyłałby obcych po jakieś super tajemnice?
Okazało się,
że papiery to tylko jakieś rachunki, listy przewozowe – zwykła handlowa
korespondencja. Towarzysze uradzili więc, że mimo wszystko oddadzą przesyłkę w
ręce Darloga …
Wkrótce więc stanęli przed nim i przestępując z nogi na nogę
położyli przed nim papiery.
- Coście z
tym zrobili! Otworzyliście?! Moją przesyłkę!? Straaaż!!!!
Z tymi
słowami prysnęła nadzieja na spokój a w stronę całej grupy rzucili się
strażnicy, którzy pojawili się znikąd … Nie tracąc zmysłów Victor wyszarpnął z
sakwy granat zapalający i rzucił w napastników – czterech z nich zajęło się
ogniem, pozostali oślepieni stanęli jak wryci. Jednocześnie Karas strzelił
Darlogowi zmoczym ogniem prosto w twarz – ten złapał się za poparzoną twarz i
wrzeszczał wniebogłosy. Trójka naszych bohaterów w mgnieniu oka znalazła się za
drzwiami i po chwili cwałowali główną ulicą oddalając się od karczmy, która
jarała się już po sam dach, a wewnątrz słychać było kolejne wybuchy – widać, że
karczmarz miał spore zapasy łatwopalnego bimbru … całkiem mocnego sądząc po
odgłosach i wysokości płomieni …
Towarzysze
zwolnili do galopu przy bramie miejskiej i mijając gapiących się na pożar
żołnierzy przy bramie niemal normalnym krokiem opuścili miasto. Za to zaraz za
murami ruszyli znów pełnym pędem i zwolnili dopiero chroniąc się w lesie przy
gościńcu … Kiedy klapnęli zmachani na trawę w oddali ujrzeli, że brama się
otwiera a z miasta w pełnym galopie wyjeżdża oddział żołnierzy … raczej nie na
przejażdżkę poobiednią …
Na szczęście
zmierzchało już i ukryci w zaroślach uciekinierzy pozostali niezauważeni. Gdy pościg
ich minął ruszyli w głąb lasu. Drużyna jednogłośnie postanowiła oddalić się od
gościńca na bezpieczną odległość. Dopiero drugiego dnia pod wieczór zmordowania
towarzysze uznali, że czas poszukać schronienia. Dwudniowy marszobieg przez
las, w deszczu i ze świadomością możliwego pościgu, dał im się mocno we znaki
więc gdy pod wieczór stanęli na polanie nad rzeką, gdzie znajdowało się
opuszczone domostwo nie mieli wątpliwości, że czas odpocząć. Śmiertelnie
zmęczeni sprawdzili tylko, że w okolicy nikogo nie ma, ustalili kolejności wart
i położyli się na spoczynek, a właściwie padli jak kłody na posłania.
Reszta nocy
minęła spokojnie, a rano towarzysze zasiedli do narady. Ich sytuacja była nie
do pozazdroszczenia – zważywszy, że zaczęło się od upuszczenia w błoto jakiejś
cholernej korespondencji handlowej to w zasadzie mieli przechlapane … Mogli
bowiem wrócić do Reichengardu (co w zasadzie było równoważne założeniu sobie na
szyję pętli stryczka), ruszyć przez pustynię na północ (bez koni, odpowiedniego
ekwipunku było to równie kuszące jak poprzednia opcja), ukryć się w pobliskich
górach (to również wobec zbliżającej się zimy także mało zachęcające) oraz po
cichu przedostać się do pobliskiego miasta Flooddsam i stamtąd ruszyć dalej.
Trójka uznała ostatnią opcję za najmniej szaleńczą…
Flooddsam
było miejscowością gdzie krzyżowały się szlaki kupieckie. Przeprawa przez rzekę
(stanowiącą samą w sobie szlak kupiecki ze wschodu na zachód), jedyna w
okolicy, oraz biegnąca tędy droga z Raichengardu na północ przez pustynię czyniły
z tego miasta centrum kupieckie. Z jednej strony było tu dużo strażników,
celników, tajniaków ale też i tłumy kupców i podróżnych dawały pewną szansę na
anonimowość.
Drużyna
przeprawiła się przez rzekę na skleconej przez Victora tratwie i ruszyła wzdłuż
rzeki do swego celu. Drugiego dnia, ukryci w zaroślach na granicy miasta, czekali
na dobra okazję by po cichu do niego się dostać. Tak się stało gdy w pewnym
momencie zauważył ich jakiś bawiący się nad rzeką dzieciak i przestraszony
rzucił się do miasta. Zanim Gimli zdąży zrealizować swój pomysł rozwiązania
problemu przy pomocy łuku i strzały, pojawiła się matka chłopca, a Karas zdołał
w jakiś sposób podejść do obojga nie wzbudzając strachu. Zagadnął kobietę i już
wkrótce wszyscy zasiedli do wieczerzy w jej domu, w którym jak się okazało
wynajmowała pokoje dla podróżnych. W czasie wieczerzy pojawił się także sąsiad
– przyjaciel i wspólnik męża gospodyni. Obaj byli kupcami, a któż jest lepiej
poinformowany niż kupcy …
Towarzysze
nie dość, że dowiedzieli się że choć po wydarzeniach sprzed kilku dni w stolicy
jakieś zamieszanie w mieście się pojawiło, a wraz z nim dodatkowe patrole
straży miejskiej, to jednak zyskali też pewność, że tymczasem nie pojawiły się jeszcze
listy gończe z ich podobiznami … Dochodziło co prawda słuchy o dziwnych
zdarzeniach ale nikt nie wiedział co się dzieje … nawet kupcy, a Ci przecież
zawsze mieli informacje z pierwszej ręki …
Co więcej
uradzili z kupcem, że wyruszą wraz z jego następną karawaną na północ przez
pustynię … Po sutej wieczerzy, pokrzepieni też w miarę pozytywnymi wieściami (w
tej sytuacji brak złych wiadomości to już sukces) towarzysze spoczęli na
wygodnych posłaniach …
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz