Dzień Pierwszy – Lieberpestii
-------------------------
Drużyna po uzupełnieniu ekwipunku u lokalnego kupca Heyrotha spokojnie wyszła na gwarną ulicę. Kiedy Mabufang, Dargoth i Tzinhorn oślepieni porannym słońcem przystanęli na skraju trotuaru stanęła przed nimi zakapturzona postać, która pojawiła się znikąd.
- Pomożcie nam! Ratujcie! Ktoś się z Wami skontakuje – po tych słowach postać rzuciła się w tłum uciekając przed zaskoczoną trójką.
Najzwinniejszy z nich Tzinhorn – zwiadowca wychowany w tym mieście, rzucił się w pogoń za uciekającą postacią ale, że potknął się o własne nogi (test oblany na dwóch jedynkach) zamiast złapać tę postać wpadł na przedstawiciela lokalnej Straży Miejskiej. Ten złapał Tzinhorna za kaftan i zaczął przepytywać:
- Co robisz? Gdzie biegniesz? Kim jesteś?
- Ja? Gonię gościa co się tu do mnie przyczepił! O tam znika …
- A co Ty tu robisz?! Co tu knujecie w trójkę z tym orkiem i podejrzanym chuderlakiem?!
- Ja tu jestem sam! O kim człowieku mówisz?!
- O nim i o nim! – wskazał Mabufanga i Dargotha strażnik …
Widząc, że zaczyna się robić gorąco Dargoth, który nie należał do cierpliwych ale za to łapę miał ciężką jak niedźwiedź polarny na LSD, przywalił z piąchy strażnikowi, który złapał się za złamaną najwyraźniej szczękę. Nie czekając na dalszy rozwój wypadków trójka towarzyszy biegiem zniknęła za rogiem kierując się do południowej bramy miejskiej.
Kiedy starając się nie zwracać na się siebie uwagi, zbliżali się do upragnionego wyjścia z niegościnnego miasta znów stanął z nimi zakapturzony mężczyzna. Zanim zdążyli go zapytać o cokolwiek wokół nich zaroiło się od zamaskowanych ludzi, którzy bezceremonialnie zarzucili im na głowy kaptury, obezwładnili i wrzucili na stojący obok wóz. Choć wszystko działo się w biały dzień na środku ruchliwego miasta to atak był tak błyskawiczny, że już po chwili nie było żadnego śladu po tym co się stało. Zwłaszcza, że miejscowi wiedzieli że w takich sytuacjach nie warto niczego widzieć, pamiętać a w szczególności nikomu o niczym mówić.
Drużyna ocknęła się w jakimś ciemnym pomieszczeniu – Tzinhorn skołowany jeszcze bardziej niż zwykle, Dargoth wkurzony jeszcze bardziej niż zwykle i tylko Mabufang opanowany jak zwykle powstrzymał Dargotha przed tradycyjnym mordobiciem zauważając trzeźwo, że nie są związani, żadnych ran poza zranioną dumą nie odnieśli, a stojący przed nim mężczyzna chyba chce wreszcie coś wyjaśnić.
W dodatku do mężczyzny który teraz dołączyło dwóch jego znajomych – a ekipa, która ich obezwładniła też zapewne była gdzieś w pobliżu.
- Jestem Alraham, a to jest Kahim, mój zastępca i nasz zbrojmistrz Wulf – mężczyzna wskazał po kolei na małego, grubasa i wysokiego orka, który sprawiał wrażenie, że lepiej mu się nie sprzeciwiać. – Wybaczcie tę nietypową formę zaproszenia ale musieliśmy mieć pewność, że nikt Was nie śledzi.
- Dobrze, ale czego od nas chcecie!
- Chcemy pomocy, a Wy możecie jej nam udzielić.
- A tak konkretniej …
- Chcemy byście pomogli nam pozbyć się Marvo – szefa lokalnej tajnej religijnej policji tzw. Inkwizycji, który prześladuje nas i naszych współwyznawców. Już wielu naszych braci zginęło w jego lochach…
- Dobra, dobra … ale co MY z tego będziemy mieli ?! - przerwał trzeźwo Dorgath …
- Sławę, chwałę i naszą dozgonną przyjaźń …
Wybuch śmiechu całej trójki stanowił jasną odpowiedź gdzie sławę, chwałę i dozgonną przyjaźń mogą sobie zakapturzeni bracia wsadzić …
- … i możemy Wam dać dwumasztowy slup z załogą, a ponoć szukacie środka transportu na dłuższą wyprawę …
- A gdzież jest to cudo? – Dorgath nie należał do łatwowiernych
- W porcie na południe od Lieberpestii. Kiedy tam dotrzecie zapytajcie o mojego przyjaciela, bosmana Morgana – on z Wami popłynie gdziekolwiek zechcecie jeśli tylko wykonacie dla nas to zlecenie …
- Zgoda, zrobimy to! - powiedział Mabufang … - widząc zaskoczone miny współtowarzyszy szybko wyciągnął ich na zewnątrz na odchodnym rzucając jeszcze – Skontaktujemy się z Wami jutro – przyjedziemy tu koło południa z gotowym planem … niemal wypchnął obu mniej rozgarniętych towarzyszy na zewnątrz – jak się okazało na mały placyk w mieście.
Kiedy zostali sami Dorgath zaczął rozcierać pięść jakby chciał coś z nią zrobić, a Tzinhorn też nie wyglądał na uszczęśliwionego.
- No co?! Mamy łajbę! – tego nam brakowało …
- Mamy albo nie – może to ściema … - Dorgath nie był człowiekiem szczególnej wiary w innych ludzi …
- No i zanim cokolwiek zrobimy upewnimy się, że łajba to nie wytwór chorej wyobraźni …
Nie tracąc czasu towarzysze ruszyli konno traktem przez Południowy Las. Po drodze jeszcze posilili się dziczyzną upolowaną z łuku przez Tzinhorna i przed wieczorem następnego dnia dotarli do portu. Tzinhorn samotnie wyruszył na zwiad do przystani i szybko odszukał bosmana.
- Przysyła nas Alraham …
- Cicho !!! Nie tutaj. Chodźmy do mnie …
Kiedy cała drużyna znalazła się u bosmana, wyjaśnili mu, że Alraham obiecał im statek z załogą za przeprowadzanie zamachu na Marvo. Tylko przypadkiem przemilczeli fakt, że zamach był jeszcze w fazie wstępnego planowania, za to kilkukrotnie powtórzyli że agenci Inkwizycji są na ich tropie i jeszcze dziś chcieliby otrzymać obiecaną krypę i opuścić jakże przyjazną Lieberpestię i jego okolice.
Licząc, że bracia Zakonu nie mają jakiegoś szczególnego systemu komunikacji i że nie przeszło im na myśl, że ktoś może być tak bezczelny żeby odbierać zapłatę za zamach przed jego wykonaniem szli na całość i nie przeliczyli się … Bezczelność bywa skuteczna … Przekonany przez przybyszów bosman zarzucił na ramię torbę w której coś pobrzękiwało i powiedział:
Licząc, że bracia Zakonu nie mają jakiegoś szczególnego systemu komunikacji i że nie przeszło im na myśl, że ktoś może być tak bezczelny żeby odbierać zapłatę za zamach przed jego wykonaniem szli na całość i nie przeliczyli się … Bezczelność bywa skuteczna … Przekonany przez przybyszów bosman zarzucił na ramię torbę w której coś pobrzękiwało i powiedział:
- Skoro mamy znaleźć jeszcze dzisiaj załogę to bierzmy tyłki w troki i chodźmy do tawerny – o tej porze już paru ochotników powinno się znaleźć.
W tawernie faktycznie było już kilku podpitych żeglarzy więc proces rekrutacji przebiegał płynnie (i to słowo było właściwe na wielu płaszczyznach) – przynajmniej do czasu kiedy któryś z matrosów rzucił się do Mabufanga z pięściami. O dziwo pierwszy zareagował Tzinhorn, który odepchnął Mabufanga zanim ten dostał pięścią w twarz, co zapewne skończyłoby się dla niego fatalnie. Tego było dla Dargotha za dużo – matros dostał w zęby, a już po chwili w tawernie trwała ogólna bijatyka. Mabufang i kompani już mieli się wycofać gdy Dargoth dostał w łeb jakąś kamienną tablicą, która znalazła się tam nie wiadomo skąd. Towarzysze wynieśli orka i zwerbowanych załogantów, którzy byli zresztą równie świadomi jak Dargoth. Kiedy w końcu dotarli na krypę Dargoth ocknął się wreszcie i Drużyna zasiadła w kubryku:
- To co robimy? Krypa jest prawdziwa, braciszkowie nie kłamali – zaczął Dargoth trzymając okład na głowie
- Wypływajmy stąd zanim się zorientują, że blefujemy – zasugerował Mabufang
- Może i racja i Ty tu jesteś ten o myślenia. Ale nie sądzisz, że braciszkowie mogą się wkurzyć i nam nabruździć – nie chciałbym mieć na głowie maniaków religijnych sfrustrowanych że ich ktoś wystawił… Słyszałem że Zakon ma swoich wyznawców w wielu krajach – kto wie jak bardzo nam mogą zaszkodzić …
- Inkwizycja też nas nie pogłaska … Mabufang obstawał przy swoim
- Ale Inkwizycja nie rusza się poza Lieberpestię – oni działają tylko tutaj. Zresztą Inkwizycja nic o nas nie wie a braciszkowie już nas znają. Poza tym w archiwach Marvo możemy znaleźć wskazówki do naszej mapy skarbów – Tzinhorn jako wieloletni mieszkaniec okolic najlepiej znał realia Lieberpestii …
- To postanowione – płyniemy dziś w nocy do Lieberpestii, załatwiamy Marvo, zwijamy jego archiwum i zaczynamy wyprawę – Dargoth podsumował.
- To nie brzmi jak zbyt wyrafinowany plan – Mabufang jeszcze oponował …
- Już Ty go podrasujesz!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz